ty

wołam,

ale się nie zdarzasz.

O odkrywaniu na nowo miasta, którego nie ma. Lwów. Część trzecia

© Klaudia Raczek
© Klaudia Raczek

*****

Nigdy nie patrzyłam na Lwów pod turystycznym kątem. Przyjmowałam go takim, jaki był, nie zastanawiając się, że szczególnie w pierwsze, najostrzejsze wakacyjne upały brakuje tu wody, brakuje rzeki, nad którą można pójść na piknik czy lody. Nigdy wcześniej nie dziwiło mnie to, że na Wysokim Zamku wcale nie ma żadnego zamku, bo ciężko tym mianem nazwać wywołujące politowanie szczątki pozostałości ruin (sic!). Brak tablic informacyjnych, przystępnych i dostępnych danych. Ale może właśnie to jest to, co różni to miejsce, co sprawia, że jest jeszcze dzikie, nieokiełznane. Tkanka miejska, która naprawdę żyje i nie poddaje się linijkom, schematom w wytyczaniu planów.

Wracamy na granicę Szeginie-Medyka. Marszrutka lepi się w tym popołudniowym słońcu do bruku i asfaltu, więc jedziemy powoli, niespiesznie, jakbyśmy mieli się roztopić, rozpuścić jak sen. Otaczają nas starzy ludzie w za dużych ubraniach, z wypchanymi po brzegi torbami w kratę. Wysiadają w szczerym polu, w miejscach, gdzie nie ma życia. Wysiadają młodzi na przystankach bez nazw, gdzie brak perspektyw. Kilka siedzeń przede mną siedzi wokalistka Guano Apes. Nie wiedzieć czemu, w pełnej marszrutce ludzi właśnie mnie pyta, ile jeszcze mamy do granicy, czy to już tu należy wysiadać, dlaczego tak długo stoimy w Mościskach, po co tak gorąco i czy razem nie zapalimy trawy. Odpowiadam jej rzeczowo, ale mam wrażenie, że to się nie dzieje, że nic nie wiem.

Wracam do Krakowa i wiem, że jest to inna bajka, tak bliska, tak odległa od lwowskiej. Czyste, zadbane kamienice, asfaltowane, płaskie jak stół jezdnie, klimatyzowane autobusy, które z małymi wyjątkami jeżdżą bardzo na czas.

We Lwowie widać wpływy wschodu, pogłosy Bizancjum. Pot, kurz, piach i brud za paznokciami. Czasem mam wrażenie, że to właśnie tutaj lepiej pasuję, bez przeszkód się wpisuję w krajobraz do tych podległych upływowi czasu budynków, wyblakłych od słońca, tych rozpadających się marszrutek, zdezelowanych tramwajów, samochodów, które są dobre nawet wtedy, kiedy po prostu kręcą im się koła. Pasuję do tych serdecznych, otwartych ludzi, którym jeszcze zależy na kontakcie, poznawaniu nieznajomych, wymianie poglądów, żartów i dobrych życzeń.

IMG_0473
© Klaudia Raczek

Chyba już zawsze będę wracać po to, żeby odejść. Ułamek nocy przesypiam w Krakowie i znów ruszam dalej, tym razem w kierunku Górnego Śląska i miasta, w którym dla mnie wszystko się zaczęło, bo zaczęło się życie. To tam zrobiłam pierwszy oddech, a już niebawem, dwadzieścia kilka lat później zrobi to samo mały człowiek, na którego czekam, choć go jeszcze nie znam. Choć czujemy nawzajem swoje ciepło poprzez dzielącą nas skórę.

******

Wszystko, co najważniejsze, dzieje się na początku lata. Może mam rację, może właśnie nadaję nowe sensy temu miastu, temu swojemu niewielkiemu światu, który w obliczu kosmosu i wieczności jest niczym, ale jednak dla wielu coś znaczy.

Porównując mapę Krakowa i Lwowa wiem, że ta ostatnia jest dla mnie bardzo jasna i prosta. Nie podejmuję decyzji, nogi same prowadzą tam, gdzie trzeba. Dawno już tu nie byłam, i na zapisanym w pamięci modelu miasta z łatwością zauważam odstępstwa od normy, niekiedy diametralne różnice, więc szybko nanoszę poprawki, spokojnie zdzierając z konkretnych ulic, placów, mieszkań i knajp ciągle świeże wspomnienia naszych kłótni, poważnych i ważnych rozmów, radości (iskro bogów), rodzących się uczuć, poranków ze splecionymi dłońmi, z nosem utkwionym w twoich włosach, jeszcze ciepłej od snu pościeli.

Nic na to nie poradzę, że do tej pory mój Lwów był także twoim Lwowem. Chroniłam w sobie ten obraz tak długo, jak tylko mogłam, ale już nie potrafię, nie mogę, nie chcę. Próba przedefiniowania pojęcia ku mojemu zdziwieniu odbywa się prawie całkiem bezboleśnie. Wiem, że w tej historii nikt nie był i nie jest święty.

© Klaudia Raczek
© Klaudia Raczek

Nie wiem, co tu robię, trzymając w rękach zamiast konika cukrowego – cukrowy groszek, zdobyty na targu za lwowską operą. Chyba czekam na zamknięcie kolejnego koła. Znowu biegnę, mijam Katedrę Łacińską, Rynek, widzę, jak znikasz gdzieś w ulicy Ruskiej, przyspieszasz krok, zmierzając w kierunku Fedorowa. Dzisiaj mogłabym ci powiedzieć dokładnie to samo, co wtedy, ale już nie próbuję cię zatrzymać. Dobrze wiesz, że musimy tu wracać, żeby się przestać oszukiwać, żeby się gubić i na powrót szukać.

____________________________________