12 ||| ODCHODZĄC

12 odchodząc
© Klaudia Raczek

Byłem nami w Tobie, byłaś we mnie nami, byliśmy w sobie przerażeni i szczęśliwi z utraty poczucia granic własnego ciała.

– Jacek Bierezin

Wiesz, czasem już nie umiem się wysłowić. Czasem już nie umiem się wysłowić tak, by w każdym zdaniu cię nie użyć. Czasem już nie umiem się wysłowić tak, by w każdym zdaniu cię nie użyć siłą. Co się stało z czerwonymi melancholiami, konikami cukrowymi, pierścionkami z koralikiem?

Początki sezonowej depresji i Chopin. To nie może się skończyć dobrze. Schyłek roku niemal jak koniec świata. A śniegu jak nie było, tak nie ma. Żyję. Nie szyję, bo nigdy się nie nauczyłem, i już pewnie nie nauczę. W podstawówce na lekcjach techniki próbowano mi przyswoić pewne reguły dotyczące tworzenia ściegów, że osnowa, że wątek. Teorię zawsze opanowywałem dobrze, ale w praktyce wyprzedzali mnie wszyscy, co do jednego.

Osnowa, wątek. Tak jak z prozą. Poezja jest folią, butlą z gazem. Ma kształt, treść jest ścisła, ale mniej trwała. Ulotność. Tyle sentymentów spada na głowę, tyle niemal zapomnianych małych przedmiotów wpada w ręce. Nie umiem ustalić kolejności odbioru, rozszyfrować czasu, biegu godzin i wydarzeń. Do biegu, gotowi, start. Falstart. Falstaff. Staff, całkiem sam wobec deszczu, deszczu dzwoniącego o szyby, deszczu jesiennego.

Układam myśli na fotelu, czeszę, bezczeszczę. Kostki lodu brzęczą w szklance, czekają na dolewkę whisky. Czytam w oryginale wiersze Nadziei Artymowicz i łudzę się, że uciekasz tylko po to, żeby wrócić.

ад’язджаючым

ёсць такая пара перад ад’ездам

калі выходзіцца з доўгага маўчання

у спакой

неба не змяняецца

ідзеш

голас вуліцы мяшаецца з чырвоным сігналам

кава папяроса без смаку

паўслова чужым адыходзячы ад стала

і гэта ўжо нічога не значыць

пераходзіш на другую вуліцу

бетон чысты

а нагам як зломленым кветкам

хочаш злавіць толькі адзін след

хоць такога следу няма

і ступіць на іншую дарогу

трымаешся ценю свайго хоць ведаеш

што твой цень гэта не ты

добра ведаеш як мураваць памяць белай цэглай

і чытаць з акцёрскіх вачэй

добра ведаеш як замкнуць вока

пераступаючы яшчэ адзін парог

ёсць такая пара перад ад’ездам

_____________________________________

11 ||| NOCE I DNI, O KTÓRYCH NIE WIEM

© Klaudia Raczek
© Klaudia Raczek

Znowu spadnie śnieg, stanie się zima, i nie będzie gdzie usiąść na plantach. Nie wolno palić w ulubionych kawiarniach, barach, więc rzadko mam ochotę wychodzić z domu. Kolejny dzień, który przypomina mi, że najmilej jest wtedy, kiedy sen. Nie ma nadziei.

Stara herbata w zaparzaczu, resztka wygazowanej cisowianki w pomiętej butelce. Widok na okno. Pada deszcz, którego dawno nie było. Pejzaż beze mnie. Trzymam się stołu, bo nie mam pewności. Czerwone marlboro wydaje się obecnie jedynym szczęśliwym wyborem. Wyrobem tytoniowo–umysłowym. Co jest nie tak, że do twarzy nam z poezją, a do dupy z życiem? Siła słów, której dawno nie było. Noce i dni, o których nie wiem.

Lekarz nakazał tydzień bez alkoholu, i od razu poczułem się gorzej. Według zaleceń, co cztery godziny dożylnie podaję sobie życie. Już tak mam, czasem muszę się wyciszyć, gdzieś zaszyć boleśnie. Powoli goić rany, leczyć choroby, szarlatanizować. Słowem. Wszystkiego dobrego można się spodziewać po najgorszym. I odwrotnie.

Zbyt wiele pytań jak na jeden krótki poranek. Chyba to sprawił wrzesień, że prawie nic już nie czuję. Przez żyły przelałem tyle wina, że nie mogę nie trącić ckliwością. Tak delikatny jestem na kacu. Spadek formy, oszukiwanie siebie, że wszystko jest w porządku. Spadek formy, ciało stałe zmieniło się w ciekłe, w ulotne. W dym.

Zamykam oczy, widzę dziwne obrazy, zdania, których nie mogę zrozumieć. Zbyt wiele myśli, żeby móc ponownie zasnąć. Cyklofrenia, choć naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca.

Nie mam już na co liczyć, więc zliczam pieprzyki na swoim ciele.

To ciało obce mówi z lustra, że od zeszłego roku schudłem dość znacznie.

W kieszeni kurtki mokre od deszczu papierosy.

Martwa natura i cisza, choć burza.

Szukam ciebie po zapachu ubrań.

Gdzie jesteś.

______________________________________________________

10 ||| SCHEMAT MAŁYCH PORANNYCH DRAMATÓW

© Ola Zięba
© Ola Zięba

Zimno. Kręgosłup przymarzł do materaca, zwinięty w kłębek. Dymu. Aleh Kabzar w głośnikach. Znowu śpiewa o kawie i papierosach bez smaku, i ja wiem, że dzisiaj będzie tak samo. To ta pora roku, kiedy po przebudzeniu niezwłocznie trzeba palić wszystkie światła, strzepywać popiół z pościeli, bo się szybko żarzy.

Rutyna poranków, powtarzany schemat małych dramatów. Szeleszczą powieki, później papcie na podłodze. Pierwsze ruchy burzą spokój powietrza w tym pustym mieszkaniu; zaspane kłęby dymu z wypalonych przed snem papierosów, koty leżące pokątnie.

Pod prysznicem jest jak w klatce, piersiowej. Wszystko się przelewa pomiędzy żebrami jak kaskadami, napięcie powstałe przez ledwo śnione sny, razem ze spienioną wodą ucieka w ujście dna, marginalia nieba. Częściej dna. Zimno aż po DNA, nie można wrócić spać.

Kiedyś potrafiłem pisać wiersze, teraz tylko płaczę. Kto jest w ogóle podmiotem lirycznym mojego życia? Z nerwów sprzątam, zamiatam wszystkie powierzchnie płaskie, myję okna. Nagle dzwonisz i mówisz, że nadmierne palenie papierosów mnie do niczego w życiu nie doprowadzi prócz zgonu. Jakby życie w ogóle mogło do czegokolwiek innego prowadzić.

Daty same się przetasowują, kołowrocą, pędzą. Już ich nie rejestruję. Nudzą mnie samotne śniadania. Nudzi mnie jedzenie. Pomijam je, palę. Znudziła się śmierć, więc żyję.

_________________________________________________________