Uczyniłaś mnie odkrywcą, choć cię tylko rozbierałem

2 03 2012

Pełny tekst ukazał się we wrześniu 2010 r. w miesięczniku grupy artystycznej Aurea Dicta, a dzisiaj, w efekcie sentymentalnych wycieczek – cudownie odnaleziony.

______________________________________________

Z KSIĄŻEK UTRACONYCH I ODZYSKANYCH
[nr 3]

Ten co płynie przez morze nie jest tym który dotrze do drugiego brzegu;
ten co podnosi głowę nie jest tym który powstanie z klęczek.
*

Jesteśmy niepoczytalni, więc niewinni? Podobno żyjemy głośno, śpimy głośno, nawet jeśli cisza przystoi szaleńcom u schyłku dnia. W głębokiej ciszy czas potrafi stanąć, albo choć udawać śpiącego. Leżącego się nie kopie, a przecież posuwamy się naprzód; świadczą o tym mijane drzewa. I widać, i nie widać zachodów, bo każdy jest jednakowy, zlewa w całość. Dostrzegamy wesołe dłonie pomników, gdy żartowniś przyklei do nich prezerwatywę. Jeszcze dobrze, jeśli można jej użyć w celu, w którym została zaprojektowana. Wystarczy, że się rozejrzysz dobrze, dookoła, a tu co krok (co krocze) wybudowane potężne banki spermy dla żon chłopców walczących w Wietnamie, albo na innym placu boju. Nikt tak naprawdę nie wie, na co wojna, skoro ostatecznie wszystkich na cmentarzu wyrównuje ziemia. I po co wyważanie szal pomiędzy życiem, a śmiercią (aby rozmnażać się nadal muszą zabijać się); narodzinami, a umieraniem. Morderca nie jest mordercą; usprawiedliwia go popęd śmierci, a morderstwo to tylko wypadkowa wojen, których nie byłoby, gdyby nie ślepe ambicje, polityka, bo są to czasy, kiedy jasnowidzowie modlą się do Mistrza swego i Pana, aby oślepił ich na zawsze.

Poza tym złodzieje samochodów, prostytutki, rząd. Zatem są to czasy, kiedy perwersja zdławiła CZUŁOŚĆ, a konsumpcja zastąpiła OFIARĘ. Czego się jeszcze można trzymać, jeśli już nawet wykarczowano moralność, zostały jałowe słowa, słowa, słowa. I dlaczego wyciągnąć rękę znaczy potrącić sąsiada? Nic w przyrodzie nie może ginąć, możliwości układają się prostopadle. Czyjeś dobro musi oznaczać czyjeś zło. Ktoś nienawidzić musi, żeby kochać mógł ktoś. Zmienna też jest ręka; (…) pod mostem wyciągam ją do człowieka, który śpi sam. I nawet jeśli obiecamy sobie, że nie będziemy już więcej milczeli o miłości (słyszymy jak krzyczy przez sen), to i tak w zwątpieniu oddajemy duszę razem z ciałem, poddajemy się i gramy w karty na których królowie są nadzy.

Wiem, jak to jest ważne, że jednak nie GRAM, a graMY razem. Nie musimy zamykać się tam, gdzie zmierzch jest futerałem. Przecież nóż gilotyny zwisa nad źrenicą i to nie nowość, bo zwisał będzie nadal. Kiedyś wyobraziłem lepszą wersję siebie, bo tak było łatwiej, tak prościej. Że jestem zupełnie normalny, nie wymyślam problemów, a zmierzam się z nadchodzącymi. I wymyśliłem też własne ciało, ale powietrze którym oddycham jest prawdziwe. To pachnie, to śmierdzi, to śmierci. Ciało, cień; ten nowy cień mnie, chociaż widzialne są tylko ciała zabijanych podczas próby ucieczki.

Nie ścieram szminki z okien. Są ślady ważniejsze niż listy; ślady na skórze, pogryzione przedramiona. Znowu nie wiem jak opisać ten mur niewidzialny, choć to oczywiste, że gdy wszystko będzie zbyt jasne, światło przemienię w krew. Nowy dzień może zwiastować nowe obietnice poprawy. Nowy dzień jak nowe piekło; lepiej się przejść po bułki, po mleko. Patrz, tam ludzie na ławkach w parku przykrywają twarze gazetami, aby można z nich było coś wyczytać. Nie rozmawiają ciałem, nie dotykają się wzajemnie i delikatnie. Luźne aluzje, spuszczane co noc żaluzje, żeby nie dowidzieć szczerych oczu, zakryć spojrzenia sąsiadów. W towarzystwie kobiety z którą idę (…) szukam swojego błazna, by podtrzymywał rozmowę. Uporczywie pytasz, zadajesz mnóstwo pytań, z których najczęściej przewija się jedno. A ty dlaczego milczysz, choć słów tak wiele? I to przykre, bo nie znam odpowiedzi na żadne. Żadne zwielokrotnienie pytania nie przybliża mnie do finału. Albo kim była twoja wolność, zanim wyparłeś się jej po trzykroć? Tylko po co te męczarnie, skoro wszystko, co niewytłumaczalne pochodzi od boga, albo (czyli) od miłości (znaczy życia), ergo poezji.

Kontrolują nas zegary, które i (…) sen śledzą, ale nie można się poddać ich woli. Mój cień wytropi cię wszędzie, wplątuje się w twoje włosy. Już się nie da uciec od wspólnych wspomnień, trzeźwego i równie intensywnego – dzisiaj, ale co z jutrem? Tak łatwo się nie obronisz; uczyniłaś mnie odkrywcą, choć cię tylko rozbierałem. Było niebezpiecznie, jeszcze brak podejrzeń, co do faktów; wyraźnie rozrysowałem mapę pieprzyków, strupów, blizn. Rozlałaś się w moich dłoniach jak rzeka, a mgła jest nocną koszulą rzeki. Mógłbym się pośród niej zagubić, ale ty już wiesz, że będą rozdzierali szaty, że nikt nie zdążył z całowaniem.

(…)

Podnieś głowę, zobacz, jak na marginesach gazet leżą rzędami ciała zabijanych. Twoje linie papilarne odciskają się na ich twarzach. Spójrz w lewo, wszystkie okna w swym domu zakratowałeś już krzyżówkami. Tylko nie mów, że nikogo nie potrzebujesz, tylko te słowa, które mieszczą cały smutek, całą radość w półuśmiechu. Nie robisz nic, a zachowujesz się jak dziecko; patrzy przez zamknięte drzwi; mają twarz kobiety, która nie nadchodzi.

(…)
______________________________________________________________

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu: Wiesław Kazanecki, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989





Wypiłabym z wami wódkę, tylko ktoś przybił mnie do nieba

11 08 2010

Z KSIĄŻEK UTRACONYCH I ODZYSKANYCH
[nr 2]

[Ryszard Milczewski - Bruno, Poezja, Czytelnik, Warszawa 1989]

Bruno uprowadzony za 1 PLN. Zresztą wszystkie pozycje, które – już nałogowo – zdobywam na tandecie książek używanych, są wyjątkowe. Zapach kilkunastu dłoni, co wcześniej dotykały ich strony. Wyblakłe okładki, napiętnowane historią dłuższą, niż moja własna. Inne przekłady, wersje nieznane, niepoprawione, pierwsze. Albo i niepublikowane utwory, nawet w późniejszych antologiach.
__________________________________________________________________

Dzisiaj zaczynam na nowo gwoździa modlitwę o młotek. Pewnie wypiłabym z wami wódkę, tylko ktoś przybił mnie do nieba, a skoro już wiszę – mdła zawiesina płucna – na swoich krzyżach, to niech dobiją, wykończą do nocy. Bo noce są nieprzewidywalne pod względem kształtu, ale zawsze równie intensywne. Gorzkie. W zbyt mocnym oczekiwaniu (tylko czego? czy nie wiem?) chwytam się zasłon jak pasów bezpieczeństwa. Próbuję siły nośnej zawiasów, a słońce jak złodziej, ucieka przed każdym oknem. Mieszkam na wzniesieniu, łatwiej dogląda się miasta przy podobnej topografii. Widzisz, tam w oddali nad wodą miastowi używają wieś.

Zwykle mam dobre intencje, ale i tak trafiam przez przypadek, przez horyzonty wszystkie na ołtarz piekła. W okolicach północy wychodzą upiory, najczęściej tylko imaginacje, twory prosto z głowy, a ty – leżąc wygodnie na łóżku, kolejną godzinę tylko próbujesz zasnąć – wściekasz się, mówisz: masz duży łeb, to się martw.

Chociaż nigdy w nie nie wierzę, to jednak kolejne nowe rano nadchodzi. Przepalam się do jego nagiego mięsa, przez poświatę jasnej skóry, bo porannej. Poranionej. To będzie nazbyt gorący dzień, ale nie martw się, spocone ciała lepią się do siebie, same z siebie. Nie martw się, nagość naszą obłupiemy z soli. Bo kiedy zaschnie nam na łopatkach, będzie można zlizać.

Nie chcę tego, ale jesteś mi najbliżej, gdy ciebie nie ma. Słowa, słowa, słowa – niewiele znaczą, i to zwykle przez nie pęka podkowa naszego życia na dwa obce sobie echa. Zbyt wiele dłubię w mowie, rozgrzebuję co umarłe, a nie umiem pogrzebać. Zdecydować w takt, w punkt. Naturalnie przeze mnie strasznie żonate, a niezamężne to kochanie nasze. Jakby tego było mało, do każdego podchodzę z jednakowo silną monogamią; nie możesz zrozumieć, nie jestem pewien, czy chcesz. Posiadanie umysłu i pierwszej myśli co rano, później ostatniej, zaraz przed snem; czy to nie istotne? Czy to nie ważne, że chcę wracać do codziennego chleba, ale po drodze próbując jeszcze innych potraw, choć już nie z takim lubieżnym zacięciem? Zostawisz mnie, jak zostawia się psa – jadąc na wczasy. Zwierzę nie zna jutra, tylko teraźniejszość klei zęby. Jeżeli nie będzie cię jutro, nie ma cię zupełnie. Całe, nieskończone teraz, kiedy ja jeszcze tu, a on już za mnie, w tobie.

Co z tobą, biedactwo, skoro nie ma skąd wracać, ani się przeszczepiać? Dokochałem cię do kości, nie ma ratunku, najwyżej nad wierszami pomieszkamy sobie, leżąc, a w komórkach poezji zaśni się sen. Bo własne mieszkanie może stać się wrogiem, jeśli przeraża, nie daje spać. Jeśli jest puste, a i tak oddycha własnym rytmem, którego jeszcze nie znasz, nie oswajasz, bo to nie martwa architektura, a żywy organizm. Jeszcze bardziej rozstraja pewien brak do niego zaufania, poddawanie pod wątpliwość tych podwalin ze szczerości i stałości. Może go kradną, może okradają, a może on się po prostu puszcza. Zaprasza do środka. Wejdź, proszę, tu nie ma zegarów, nikt się nie spieszy. Zegary tylko chodzą tam i z powrotem, trzymając mój czas na rękach, a na co komu hasło rzucane do biegu; gotowi, start.

Szukam ludzi, którzy potrafiliby mnie zatrzymać na dłużej, niż pierwsza wzmianka o pogodzie, drugie napomknięcie o polityce, trzecie o sporcie (z którym raczej – jeśli już – mam stosunki chłodne, bo ani nie wyglądam, ani z oczu tężyzną mi nie patrzy). Szukam ludzi, którzy potrafiliby mnie zatrzymać na dłużej. Próbuję przecedzać całe masy, siedząc na plantach, wysilając wewnętrzny sonar, lecz to trudne, gdy przyrost ludzi coraz większy, a człowieka coraz mniej. Pomagam sobie, proszę o wino za wiersz, o chleb, ale nieznajomi rzucają do kapelusza wyłącznie krzyż na drogę i powodzenia; a spróbuj wykarmić krzyżem swój głód fizyczny, głód cielesny, głód psychiczny i każdy inny jego rodzaj. Stanie ci, ale kością w gardle, na dodatek – suchą.

Mój pesymizm czasem męczy się, na krótko odstępuje miejsca nadziei i mogę się tułać wiecznie – do każdego jutra i z powrotem, byleby tylko znaleźć człowieka, któremu zaufam. Kiedy jest najgorzej, plączę się pieszo po książkach. Chodzę po nich, przemierzam je, lecz nie uszkadzam, wgryzając tylko – jak komar – w żyłę. Dostępnymi środkami odurzającymi błądzę po tytułach albo “W drodze”, albo “W poszukiwaniu straconego czasu”, lub też w ogóle “Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”. Puenta jest taka, że w literaturze człowieka sto procent w człowieku, a jedynie coraz mniej potrafiących czytać, pragnie pić ze źródła. Coraz mniej pragnie, a tylko żąda. Coraz mniej żąda, a raczej się rządzi. Coraz więcej analfabetów lepiej od magistrów zna życie, choć powinno być odwrotnie. Choć magister powinien być nauczycielem, nawet jeśli tylko z racji łacińskiej definicji, etymologii. Sam handlowałem świniami – i poznałem się – na ludziach, czy mogę jeszcze wierzyć w odwrócenie prawdy (światła)? Stawiam podskórne pytania, sofizmaty, solipsyzmy, antytezy. Nic dobrego z tego nie wychodzi, właściwie nic nie wchodzi.

Uciec, to jedyne wyjście z sytuacji. Kiedy tak cały dzień noc dzień w twardym pociągu, to boli ciało razem z duszą, a w zmęczeniu można się ułożyć w sen, jak w trumnę i doczekać rana. Wstać od nowa prawą nogą lepszego dnia, choć znać we mnie potykającego się w sobie – tobie. Wiem, jestem prowizoryczny jak człowiek naszych potarganych czasów. Tylko powiedz, jak mam prościej objaśnić, że aby żyć, trzeba mieć człowieka, tak w sobie jak i obok. Razem i w. Że to jesteś ty.

Halo, przepraszam, gdzie tu wyprostować płacz i czy tę ciszę ktoś nakręcił? Czy wystarczy pójść do lasu, zabrać ze sobą coś na zbawienie duszy (wszystkie znane książki o samotności), coś na zbawienie ciała (trzy duże wódki na ręczniku w zachodzącą tęczę). Nie bój się, rozluźnij, nikt nas nie podgląda; to gdzieś w nas piszą donosy na życie. Zatem chcemy trochę wypić i zapomnieć kim jesteśmy. Wypadamy z siebie – zdublowane matrioszki – i stajemy obok, trochę hedonistycznie, bo dobrze tam gdzie nas nie ma.

Myślę, że znam twój ból i w jakich górach się roznosi, kiedy jesteś za daleko. Rozpamiętuję je, bo to są moje góry – tęsknoty. Cały jestem górą kości, kiedy obgryza mnie twojego smutku pies. Wiesz, kto samotny – trzyma głowę nad przepaścią, a ja mam lęk wysokości i chcę mieć nadzieję, że wyląduję miękko, na podbrzuszu, lecz nie swoim. Tylko proszę, nie patrz mi w oczy, kiedy śpię – jestem daleko od siebie, a od ciebie jeszcze mocniej. Tylko proszę, nie mów, że rozstańmy się, i że tak będzie dla nas lepiej. Nie przeczę, ze mnie szatańskie nasienie, ale jestem może diabłem, który miałby szanse być bogiem, a jeśli odejdę, to na zawsze, jak niekochany dzień odchodzi w niepamięć.





Nie mogę Ci uwierzyć, że szukasz mnie

11 07 2010

Z książek utraconych i odzyskanych
[nr 1]

[Wojaczek, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983]

Wojaczek uprowadzony za 1 PLN. Zresztą wszystkie pozycje, które – już nałogowo – zdobywam na tandecie książek używanych, są wyjątkowe. Zapach kilkunastu dłoni, co wcześniej dotykały ich strony. Wyblakłe okładki, napiętnowane historią dłuższą, niż moja własna. Inne przekłady, wersje nieznane, niepoprawione, pierwsze. Albo i niepublikowane utwory, nawet w późniejszych antologiach.
__________________________________________________________________

Całą noc męczę się, katuję, zaciskam pięści, wykrzywiam wargi. Nie mogę Ci uwierzyć, że szukasz mnie, choć tak chciałabym się odnaleźć. Mieć do końca wyklejoną samotność czyjąś obecnością, ale tak, by sobie wzajemnie nie przeszkadzały: Ty i Samotność, co siedzi mi na karku. Samotność szepcze wiersze, które czytam. Samotność szepcze wiersze, które piszę. Nie mogę Ci uwierzyć choć w nocy tak jesteś blisko, tak oczywistym, skrystalizowanym tworem – paradygmat. Nie próbuję go podważać, boję się prawdy. Przy niej ciężko utrzymać powieki, by nie rozlewały się na dłoni, w kałuże, choć Twoje suche usta kiedyś były równie chłonną gliną. Noc mówi naszym językiem, tylko cichym. Próbuje ułożyć do snu sponiewierane nadwrażliwością ciała. Uważaj, chyba niebezpiecznie układać się w kołyskę naszej śmierci. Może poczekajmy, przecież prawdziwie pierwsza gwiazda jest niebezpieczna dla takich – jak my – tchórzy. Nie umiemy sobie dogodzić, chcemy się jedynie schować w pewne miejsca na tej Ziemi, najlepiej nieznane. Uchować azyl pod biurkiem, być psem w budzie swojego domu, lecz i tutaj nawet najmniejszej szpary.

Z ucieczek w Ciebie można by napisać głupi wierszyk, poemat, elaborat, jak i ścisłą dysertację. Nie wiem, chyba nie domyślę się, co najlepiej czujesz, co rozumiesz, dopóki mi nie powiesz. Tylko – w Ciebie – jest zupełnie głęboko. Jeszcze się pomyli noc z dniem, a świt też nie wie, może zmierzchem jest? Do tego całą dobę wiszą nad głową sąsiedzi, więc siedzą i wzywają posiłki, choć w istocie nic nie jedzą. Milicja, policja, kto ich tam wie. Dla nich do tej pory niewiele się zmieniło. Wzywają, bo nigdy jeszcze nie rósł taki krzyk przez sufity w głuche okno nieba. Teraz słyszą wszyscy, że pozwalam Tobie, że katujesz i kreślisz każdy mijający dzień – w mokre blizny.

Kawa, 01:10, tylko czy to noc, czy to dzień i istotnie Księżyc już się toczy pod stół nieba, a Słońce wschodzi z żył? Czy się jeszcze jest, kiedy się gubi swoją istotę? Świadomość godna szaleńca. Wariują wszystkie mięśnie, może chcą się rozstąpić, przecedzić przez sito. Przełożyć na mowę krwi – puls? Jeśli się rzeczywiście zatrzyma, cisza stanie się pospolitą rzeczą, jadalną o trwałym i natarczywym posmaku czosnku. I co z tego, że ta cisza jest gorzka, jeśli jest próżna; nawet jeśli głos jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi. Nie można wierzyć echu, nikt nie wierzy echu. Nadzieja – to piękne imię, lecz byłoby zupełnie dobrze, gdyby karmiąc się nią, zdmuchnąć gwiazdki drobnych klęsk.

W tym pokoju, gdzie z sufitu patrzy strach, naprawdę brakuje pokoju. Brak mi świętego pokoju, ale i spokoju. Jest tak gęsto, że nawet sny nie dochodzą. Nie docierają na miejsce, bo sen jest nie snem, lecz cyklonem. Nie można oddychać, co dopiero śnić. Zamiast tego, powinniśmy poszukać prostych rozwiązań na to drażliwe, zapętlone życie. Czas się zaszył pod skórą jak esperal, i gnije. I czernieje, i czy przypadkiem tym samym nie zaszedł nam za skórę? Kochaj mnie, bo inaczej moja stacja oraz meta będzie barem. Nie chcę tak skończyć, przecież ktoś kto kocha, nie jest tym, co umrze.

Widzisz, pochopnie można by powiedzieć, że najważniejsze w życiu człowieka (tym bardziej literata) powinny być potrzeby duchowe. Pewnie i tak jest w sensu stricto, tylko nie wolno zapomnieć, żeby choć raz na tydzień załatwiać potrzebę cielesną dla lepszego pisania. Poeci żyją z pragnienia, z permanentnego oczekiwania, tęsknoty za tym, co mogą mieć, ale na co nie pozwala sama potrzeba niedokończenia. Próbujemy miedzianego smaku nieobecności ich na naszych wargach. Niespodziewane powroty są rozkoszne, pożegnania liche i niedbałe. Przypadki po nas chodzą, ale częściej rozjeżdżają nas z premedytacją. Zwłaszcza kiedy już niemal zwisamy z gałęzi jakże upalnego lipca, więc rozochocone bardziej żołądki, usta, uda zaczynają wygrywać marsze, bo dopraszają się wolności; zbieżności śliny, albo i rozgotowania ciała przez sen / seks. Przy Tobie i sen, i seks jest równie intensywnym przeżyciem.

Widzę inne jeszcze kobiety stosownie nagie, gdyż sukienki zdjęły. Takie chwile, kiedy nie umiem się pożegnać, nawet przeżegnanie nic nie załatwia. Nałogi są silniejsze niż bóg, silniejsze niż sam Bóg, albo homonimiczna jemu rzeka. Nałóg drugiego, wykochanego z całego krajobrazu miasta – ciała, co układa się w pewne zależności: im mniej słów, tym więcej śliny; im ciaśniej, tym dalej od rozsądku. Znowu jestem twym koszmarem, chodzę po twoim dachu, mieszkam w twojej krwi, oświetlam twoje sny i już nic nie zrobisz, nie uwolnisz się z kleszczy nadmiernej wolności, bo to ja jestem Twoją wolnością, o którą walczysz, a która ciągle umyka. Dobrze wiesz, że z najgłębszą czułością dotyka tylko kobieta, jeśli jest to dotyk pierwszy. Przy kolejnych bywa nieważne, czy to kobieta albo inne zwierzę, któremu już się nie powierzę.

A Ty czujesz wyraźny gwałt, jeśli oddajesz i duszę, i ciało? Natarczywa odpowiedzialność, więzy z zobowiązań, i cierpki posmak posiadanego absolutu. Przecież – muszę to powtórzyć – poeci żyją z pragnienia, nagminnie chodzą z butami po nagim ciele kobiecym. To nawet lepiej, jeśli kochanka się skurwiła, za mąż wyszła. Inaczej przyjaźń, tak różnorodnie ukwiecona w rozpaczliwie niedorzeczną miłość – umiera, i ręka porzuca pióro, noża szuka. Jeżeli o tym zapomnę, pamiętaj, by nie zdradzać mnie – ze mną. Pamiętaj, że każdy nowy ktoś jest potencjalnym zjawiskiem, które chcę absorbować, wciągać przez słomkę. Zasysać jak komar tę świeżą krew, która za chwilę i w nim wibruje. Jeśli ktoś zapala papierosa, łykam dym i nie śmiem oddychać.

Zasypiam z ich imieniem na ustach, i z nimi w ustach, przy boku, nawet jeśli zrozumienie muzyczne jest pierwszym stopniem do zrozumienia ogólnego (jak mawiała cztery lata temu – świętej, żywej we mnie pamięci – J.), lecz nas wyłącznie muzyka sądzi i wciąż są dysonanse, bo nie ma tancerki, co tańczyłaby nasz smutek. Nie ma takiej, która zaprowadziłaby nas na koniec świata, na jego początek. Nie ma takiej, która prowadziłaby na biegun pomylonego serca. Nie ma takiej, która potrąci z przyspieszeniem – ciało, co nocą jest główną ulicą miasta. Bardziej niż muzykę, rozumiem Twoje w napięciu rozpięte nade mną mięśnie, w takt chrupiący miąższ, chrząstki.

Nocą rozwiązłe stają się wszystkie zmysły, trudno je oszukać, jeszcze trudniej – wykreślić. Śpisz, więc wolno cię kochać tak, jak gdybyś umarł. Tak i ty nie musisz wołać mnie, kiedy wiesz, że przyjdę. To wszystko jest jak skazanie na wieczną tułaczkę, jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało. To wyzucie z bezpieczeństwa, stabilności podstaw, kiedy brak podstaw do obrony, bo wyrok na mnie już zapadł. Jego wydźwięk jest tak prawdziwy, jak bolesny: począłeś się w kobiecie z wielkiej melancholii, a ostatecznie – potkniesz się o śmierć.

Wódka, 01:10, i nieważne, czy to noc, czy to dzień, aby kochać miłością w dobrym tonie smutną.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 309 other followers