Niekoniecznie biały tydzień – VI

24 05 2012

Przypominam sobie, jak śledziła mnie po innych ulicach, w innych miastach. Malowałam już wtedy. Same duże płótna, żeby ćwiczyć w dużej skali. To były obrazy o obrażeniach, innych urazach doświadczanych ze swojej winy i na własną prośbę. Samookaleczenia nigdy nie przestały być mi bliskie, dawały pewien azyl, wolność wyboru, złudne wrażenie decydowania o własnym losie. Głupie, ale od bólu prawdziwe; czerwone, ale do bólu także się można przyzwyczaić. Uzależnić. Najczęściej kreśliłam malunki na udach, drzeworyty w ramionach (tak cienkie, rachityczne, że w dzieciństwie nazywano je gałązkami), a później chowałam jak świętość pod długimi spodniami, bluzkami trzy czwarte.

Śledziła mnie, nie wiem odkąd, nie wiem dokąd i dlaczego. Pewnie przez przypadek, który nie chciał ustąpić, zwielokrotniał się, nasilał. Krok w krocze, nie odstępowała, ale nie wzbudzała strachu, nawet złości. Może ciekawości. Morze ciekawości. Już dawno przywykłam do niereformowalnych świrów, czekałam jedynie na jakiś ruch, inicjatywę. Czekałam długo, aż zniknęła całkowicie z pola widzenia, straciłam czucie. Jakiś czas później, niespodziewanie, w pociągu, po prostu weszła do mojego przedziału w cienkiej, czerwonej sukience w białe prążki i czarnych, niskich trampkach. Weszła do mojego życia z butami, została. Zaczęłyśmy rozmawiać, jakbyśmy się znały lata. Lata wstecz, lata wprzód. Latanie na skrzydłach słów, skrzydełkach always, bez żadnych napięć. Była wyśniona, wymyślona jak jej rzekomo utracony bilet, którego nie miała do okazania konduktorowi, ale zacięcie próbowała się tłumaczyć po bułgarsku, że kompletnie nie zna polskiego, że może i po angielsku, po niemiecku, jeśli łaska. Oczywiście wyszła z tego cało, pouczona, bez rozdrabniania się na mandat.

W następne miesiące nastało zimno, okropne. Nie miałyśmy gdzie pójść bez pieniędzy, a trzeba było oddychać czymś więcej, niż zatęchłym powietrzem niedogrzanych kamienic, gdzie ciągle chce się jeść. Zima jest przekleństwem biedaków, włóczęgów, nas, studentów. Zostają centra handlowe, przymierzalnie, dworce. Na polu sąd ostateczny, na spółę z bezdomnymi – koksowniki. Z braku laku (jakiego laku?) jeździłyśmy całe popołudnie tramwajami, całą noc – autobusami (którymi autobusami?). Później wysiadałyśmy trzy przystanki wcześniej niż zwykle, żeby się przejść, zagrzać przed powrotem do przeziębionego mieszkania. Pobyć ze sobą ciut dłużej, ulatywać nad chodnikiem, bo razem tak dobrze, tak lekko jak balonikom.

Pamiętać, że nic nie jest przypadkowe, nawet miejsce, które zajmujesz w przedziale, czy ludzie, których pokochasz bez przyczyny.

 





Niekoniecznie biały tydzień – V

7 05 2012

Kostka brukowa świeci od pustki. Świecą się zmarznięte opuszki. Kościoły rozdają odpusty. Czujesz się jak zbity pies po świętach spędzonych nie z tymi, z którymi chciałeś. Słońce oślepia, nie wiadomo, którędy pójść tak, by nikogo nie potrącić. Szpakowate twarze o wychłodzonych ciałach przelewają się z prędkością światła przez korytarze pełne półcieni. Czyjeś spojrzenie przemyka pomiędzy moimi rękami, nogami, nie mogę zdołać go uchwycić. Gzymsy kamienic w słoneczny, zimowy dzień tlą się jak knot. Elewacje oddają mi swoje ciepło.

Zaciszna kawiarnia tuż nad księgarnią. Jak zwykle, czarna kawa, bez cukru, dwa ciasteczka korzenne gratis. Siadam w stałym miejscu, w rogu pomieszczenia, najlepszym punkcie obserwacyjnym. Jest rano, klientów jak na lekarstwo. Antidotum na zły poranek – dziewczyna z sąsiedniego stolika. Dziewczyna z jakimś szkaplerzem, o nie, z Bohunem na szyi, który zwisa jej literalnie między piersiami, jakby je chronił. Dziewczyna notorycznie drapie się po kolanie, kiedy sięga po filiżankę. Z filiżanki sączy się zapach świeżej kawy z puszystą mleczną pianką. Pianka z każdym przełknięciem osiada dziewczynie na wargach. Dziewczyna wydaje się nie zauważać, że pianka spływa, że już zupełnie zaschła na brodzie. Po tej uroczyście stoczonej batalii z kofeiną – wychodzi raźnym krokiem, i na ulicy wygląda tak, jakby wstała od lodów.

To ten czas, późny maj; wychodzę. Zimno przyszywa mnie do łaty krajobrazu. Nie umiem się rozgrzać, nawet w ciepłych pomieszczeniach. Z ziąbu wpadam w przerębel, wypadam z wirażu. Oblewam się potem, a potem idę do ciebie. Szybciej, szybciej, byleby już przytulić, bo tylko tak udaje się jakoś podwyższyć temperaturę ciała. Idę do ciebie w grubym, brązowym płaszczu, pod który i tak wdzierają się chmary wiatru, łopaty śniegu. Łupie w kostkach, kolanach. Ręce, choć w kieszeniach, chyba zaraz odmarzną, odpadną i potoczą się w dół ulicy. Właściwie to nie wiem, dlaczego w tych kieszeniach tylko ściskam rękawiczki, zamiast po prostu je założyć. Nie wiem, denerwuję się obficie, odwrotnie proporcjonalnie do zjedzonego obiadu. Zupa była cienka, zupa z trupa.





Niekoniecznie biały tydzień – IV

17 04 2012

Drzewa zaczęły rosnąć w naszym ogrodzie korzeniami do góry. W ciemnych korytarzach domu potykam się o (czyje?) nogi. Wydaje się, że ściany odpychają się (mnie) od siebie, od lewa do prawa, bawią mną, nie – mnie. Może to dno, ale nie rzeki. Morze łez albo krwi. Może tęsknoty.

Oni potrafią całe dnie leżeć niemal bez ruchu. Na zmianę to śmiejąc się, to płacząc, wariując od byłych tęsknot i przyszłych pragnień. W przewrażliwieniu, wyczuleniu na cały ten kurz świata, popiół nie przyjmowany z rąk kapłana, a prosto, od gruntu. Wyrastamy z ziemi, i wrastamy w nią na powrót. Uspokajają się drzewa, niezauważalnie drżąc w liściach. Cały kosmos podrzucony na wycieraczkę jak niechciane dziecko, co prosi o wzięcie na ręce.

Najwięcej czerni, najwięcej jaskrawości pod powiekami jest zaraz przed snem. Myśli kołaczą, krzyżują się, lawirują w kołowrotku, kołowtorku (lubią wtorki, mają wolne). Od przyczyny do skutku, od kuchni do łazienki, od Sodomy do Gomory. A za oknem chodzą słuchy, że kurwy z ulicy Długiej wolą Annasza od Kajfasza.

Sąsiedzi z góry równie często grają w kości, ale bez miłości. Trą je do białości, po obiedzie rzucają psu do miski wszystkie ości. Czułości. Wieczorem wysypują się z łóżek na ziemię jak zabawki, naprzemiennie zwyciężając, mizdrząc, i miażdżąc się przez wszystkie pokoje. Lecą, lądując aż pod łazienką, równie szybko uciekają (zimne płytki), i wracają na parkiet, klęcząc. Długo, długo jęczą do wtóru… Nie wiedząc, że w tym samym momencie są pożywką dla onanistów z dołu.





Niekoniecznie biały tydzień – III

9 04 2012

Drugie miasto w rankingu Polska pod względem powierzchni (w kilometrach kwadratowych) oraz liczby mieszkańców (w ludziach). Ulice przesiąknięte zapachem antykwariatów, w połowie czynnych kamienic, bezdomnych, którzy grzeją turystom ławki w słynnych parkach. Z krajobrazu nagle wyłania się łania oraz para dwóch zetkniętych ze sobą przypadkowo (bądź nie) kostek. Ich właściciele mogą jeszcze wszystko ułożyć lub prozaicznie spieprzyć. Los jest tylko pytaniem czekającym na odpowiedź.

Dzisiaj to nie ich stopy będą marzły z braku pieszczot. Wspólna kąpiel znaczy gęste stężenie powietrza. Ciała uzupełnione, polepione wodą. Układanie pleców na piersiach, klatki piersiowej na piersiach. Piersi na piersiach, w doskonałym zazębieniu, zamknięciu ramy czterech ramion. Bez różnicy, czy to oni, one, czy ona i on. Po dwóch godzinach leżenia w wannie można się szybciej zestarzeć, skóra kurczy się i gęsi. Coraz cieńsza, jak papirus, chłonie dotyk niby atrament. Potem ręce zatopione w gąszczu włosów, to długich, to ledwie zaakcentowanych, bikini. On ją lubi zwierzęcą, ona siebie dziewczęcą. Wychodzą, łazienka, jak pasożyt, odbiera całe ciepło. Wychodzą, docierają się, naprzemiennie ubierają: on ją, ona jego, jak trzyletnie, nie trzydziestoletnie dzieci.

Nad ranem wspólne posiłki. On przyrządza, ona zmywa, w pełnym uzależnieniu od życia, jedzenia, od siebie przy każdej czynności. Mocna, czarna kawa (jedna bez cukru, druga z odrobiną), papierosy (jej, lecz on nie narzeka; tak lubi ją palącą, wydymającą usta, mrużącą oczy przy zaciąganiu). I jeszcze trochę spokoju, w pokoju. Ci, co się jeszcze na sobie nie poznali, jeżdżą do Poznania, gdzie św. Marcin jak rogalik wypełniony po brzegi ludzką masą makową.





Niekoniecznie biały tydzień – II

4 04 2012

W tramwajach trudno znaleźć miejsce na tyle bezpieczne, żeby nie stracić prywatności i przestrzeni powietrznej na czas przejazdu (pamiętasz ostatnie lato w komunikacji miejskiej?). Nie chroni ani miejsce pod oknem, bo możesz utknąć przyblokowany jakimś grubasem, źle też siedzieć od środka, kiedy zwalają się na głowę baby z siatami (kilo kiełbasy?), studenci z torbami podróżnymi, a przed utratą oka od wielkich teczek miejscowych artystów chronią jedynie bez przerwy parujące okulary.

Od godziny siódmej do dziewiątej (dzieciaki do szkoły) jest najgorzej. Pchają się z tornistrami cięższymi od nich samych, mróweczki pracujące w pocie czoła, wysypujące się orzeszki na ulicę. Oseski po drodze rozmawiają głośno, zwykle o grach komputerowych, strzelankach, albo strategicznych, gdzie mogą być tym, kim tylko zapragną. Harym Portierem, Persami, Aztekami, komunistami. Oprócz młokosów, dla równowagi jest także mnóstwo leciwych. Gdzie im się spieszy o tak wczesnej porze? Nie mogą spać, boją się uciekającego czasu, który im jeszcze – w jakiejś garstce piasku – pozostał? Trzęsą się w autobusach, trzęsą klepsydrą, minerał się wykrusza, a że stoję obok, czuję, jak opada na moje buty. Z piachu powstałam, niosę to samo brzemię. Spora część dziadków paradoksalnie wysiada na Cmentarzu Rakowickim. Wiem, że od śmierci nie da się uciec, ale żeby do niej biec? Przyzwyczajać się do nowego miejsca zamieszkania. Świeżego miejsca zasypania. Zasypiania na wieki, po uprzednim zapisaniu się na miejsce. Osobisty dołek, opłacony, wypielony. Oczekujący wiernie jak najczulszy kochanek.

Podczas jazdy z punktu A do B najgorzej jest wtedy, kiedy w zasięgu naszego wzroku, pojawia się w obłoku swojego smrodu przepocony, alkoholizujący się czynnie dziad. Jednak nie można generalizować. Często zdarza się, że łaziki bywają szalenie błyskotliwe. No, pozazdrościć! Szczególnie Rynek Główny przyciąga takie ugrzecznione typy. Pytają miłym – jak lejący miód – tonem, traktują jak królową. Naturalnie dzielę się papierosem, pieniędzy zawsze jak na lekarstwo (sprawa priorytetów życiowych i nałogów jest jasna, a mamy dopiero dwudziesty dzień miesiąca).

Kiedyś pod Dworcem Głównym jeden dziad-listopad poprosił mnie o dołożenie się na bilet powrotny do domu, do Przemyśla, bo skradziono mu portfel, telefon, nie ma nawet jak udokumentować swojej tożsamości, a od tygodnia nikt mu nie chce pomóc, uznaje za oszusta i alkoholika. Nawet jeśli był fantastą, to na tyle wiarygodnym, że po zakupionym przeze mnie bilecie (początek miesiąca, zastrzyk gotówki) – odjechał.





Niekoniecznie biały tydzień – I

31 03 2012

Od kiedy pada śnieg, czyli stała się zima, i nie ma gdzie usiąść na Plantach. Odkąd nie wolno palić w ulubionych kawiarniach, barach. Odkąd wiem, że najmilej ze mną wtedy, kiedy śpię, a przewlekle smutny wyraz twarzy rozlewa się i biegnie w kałuże, coraz mniej zdaję sobie sprawę z tego, kim jestem. Oczywiście – jestem – w posiadaniu dowodu osobistego, pewnych danych, które mogłyby być równie dobrze zmistyfikowane, kupione w mięsnym. Mięso, wędliny, podroby, zapraszamy. Sama wolałabym być rybą, w wodzie czas płynie wolniej, ruchy kończyn nie są tak nerwowe, a flegmatyczne jak w slow motion. W morzu klaps dany przez ojca jest pieszczotą, pieszczochą noszoną dumnie na przegubie.

Czasem wydaje mi się, że skoro te wszystkie rubryki aktu narodzenia wypełniał ktoś obcy, to zna mnie o wiele lepiej, niż własna matka, której dziecko zaraz po porodzie odebrano, potem oddano oczyszczone z krwi jak zwierzę. Do wyboru, do kolorowej folii na półce sklepowej. Żadne dokumenty nie są moje, pieniądze w portfelu – pożyczone. Należę do Państwa, tak jak nic nie należy do mnie. Może najpewniejsze, co mam, to sny. Śpimy tak, jak żyjemy i jak umieramy – samotnie, monotonnie, a jeśli już się zdarzy miłość, to tylko na chwilę. Nie ma nadziei.

Zimny poranek, ledwie można otworzyć oczy, wystawić nos poza rąbek kołdry, która bardziej pokrywa i izoluje przykre zapachy, niż grzeje. Kot leżący na pościeli jak futrzany warkocz. Mój kręgosłup też zwinięty w kłębek, dymu. Aleh Kabzar włącza się w odtwarzaczu razem z budzikiem, śpiewa o kawie i papierosach bez smaku, i ja wiem, że czuję tak samo. To już ta pora roku, kiedy tuż po przebudzeniu bezzwłocznie trzeba palić wszystkie światła, strzepywać popiół z pościeli, bo się szybko żarzy, a ostatnią chętnie przyjętą formą śmierci – żałośnie spłonąć w łóżku. Zwłaszcza, jeśli w pojedynkę, jeśli na swoim.

Poszukać szlafroka, który niezbyt pasuje do przybrudzonych kawą pantofli. Wszystko w amoku, poczynając od wystawienia nogi, postawienia pierwszej lewej na podłodze, na przekór porzekadłom. Przyspieszenie.

Dwudziesty pierwszy wiek, tyle techniki, która miała nas wyręczać, więc skąd ten nieustanny pośpiech, wieczny teleexpress, który stał się tak naturalny jak pierwszy świadomy oddech po przebudzeniu; jak jogurt, musli z mlekiem na śniadanie. Byłoby milej, gdyby tak nie palić się do ubierania, mycia głowy – nie czekając na zagrzanie termy – w zimnej wodzie i nerwowego oddawania moczu. Jakby palić się do starego pieca kaflowego, żeby mu dołożyć.

Kiedyś mieszkał ze mną pies. Wyprowadzał mnie, porannymi spacerami rozbudzał mocniej niż kofeina, teina, żelatyna i inne substancje pochodzenia zwierzęcego. Kolejne cierpienie z braku, laku, do włosów. Sterczą na wszystkie strony świata, elektryzują się, więc niedobór jakiejś witaminy. Lubimy wymyślać problemy, które nie występują w przyrodzie, naturalnie.

Od kilku tygodni nie mam apetytu, więc zaburzony został system dziennego wypróżniania. To pogwałcenie rytuału źle na mnie wpływa. Brakuje tej chwili, kiedy tylko zaczyna się parzyć mocne segafredo, nozdrza już lekko drżą od intensywnego zapachu, rozszerzają się źrenice, a potrzeba toalety staje się silniejsza od przyjemności spokojnego wypicia kawy. Wygrywa. Od kilku tygodni wstaję z myślą, że przydałoby się coś lepszego zjeść, coś innego niż postna bułka z masłem, tak dla podtrzymania odrobiny życia, ale nie potrafię się zdecydować. Staję przed lodówką, otwieram, po czym zaraz zamykam. Obowiązek spełniony, przejdźmy dalej, nie rozmieniajmy na drobne, bo od zimnych, kuchennych płytek niesamowicie marzną bose stopy.

Przebiegam nimi najczęściej (kolejno, od strony słońca tego domu – łóżka): dywan, parkiet, terakotę, jakby nie było innych powierzchni płaskich, gładkich sufitów i ścian. Często przez poranną nieuwagę kostki mocno ocierają się, zahaczają o framugi. Przepadam, z kretesem, a lakier odpryskuje się — z ledwie wieczorem pomalowanych – paznokci. Strzępki krwistej czerwieni na podłodze sprawiają wrażenie krajobrazu po bitwie, a wtedy trzeba dokładnie zmyć z płytek resztki farby, namalować dwie, świeże warstwy. To jest najbardziej bezbronne pół godziny w moim życiu.

Kamera oddala się, kieruje oko na białą kuchnię, na której tle i tak wypadam szalenie blado, przyrządzając różne, ale nieciekawe napoje. Bo co to znaczy czarna kawa, co czarna herbata. Wracam tą samą, wydeptaną ścieżką. W nocy chodzę po ciemku, po omacku macam ściany, żeby nie dobudzić strachów ukrytych po kątach, pokątnie. Powinnam się w końcu (korytarza) wyspać, wysypać na pościel i zebrać po kilku godzinach do kupy. Nie umiem. Somnambulicznie lewituję aż do świtu, choć powinnam odpoczywać, uczyć się do sesji. Nagle przypominam sobie tekst piosenki, że “niepotrzebna mi ta wiedza, tylko ty i ta ulica”, chociaż nie ma żadnego “ciebie”, i nie lubię wychodzić z domu, nawet odsłaniać żaluzji. Nie lubię ludzi, ich ciekawości, obłudy. Łączy mnie z nimi tylko tyle, że podpinają nas pod jedną kategorię: homo sapiens sapiens. Dlaczego homo musi być sapiens, co z hetero? Dupa

lub pośladki, które najwięcej mają do powiedzenia przecież nie przy chwalebnych, ale prozaicznych czynnościach jak oddawanie moczu, kału, pierdzenie, a mimo to uznawane są za główne atrybuty płci, najbardziej podkręcające libido. Trzeba przyznać, że to to marny nasz poziom fantazji. Tak dla odmiany wziąć pod lupę stopy, te cielesne, nie procentowe (choć ładne stopy procentują przy bliższym spotkaniu), a zwłaszcza pięknie wyeksponowane kostki. Piękna kostka Kostka, wczoraj przyleciał z Moskwy.





Uczyniłaś mnie odkrywcą, choć cię tylko rozbierałem

2 03 2012

Pełny tekst ukazał się we wrześniu 2010 r. w miesięczniku grupy artystycznej Aurea Dicta, a dzisiaj, w efekcie sentymentalnych wycieczek – cudownie odnaleziony.

______________________________________________

Z KSIĄŻEK UTRACONYCH I ODZYSKANYCH
[nr 3]

Ten co płynie przez morze nie jest tym który dotrze do drugiego brzegu;
ten co podnosi głowę nie jest tym który powstanie z klęczek.
*

Jesteśmy niepoczytalni, więc niewinni? Podobno żyjemy głośno, śpimy głośno, nawet jeśli cisza przystoi szaleńcom u schyłku dnia. W głębokiej ciszy czas potrafi stanąć, albo choć udawać śpiącego. Leżącego się nie kopie, a przecież posuwamy się naprzód; świadczą o tym mijane drzewa. I widać, i nie widać zachodów, bo każdy jest jednakowy, zlewa w całość. Dostrzegamy wesołe dłonie pomników, gdy żartowniś przyklei do nich prezerwatywę. Jeszcze dobrze, jeśli można jej użyć w celu, w którym została zaprojektowana. Wystarczy, że się rozejrzysz dobrze, dookoła, a tu co krok (co krocze) wybudowane potężne banki spermy dla żon chłopców walczących w Wietnamie, albo na innym placu boju. Nikt tak naprawdę nie wie, na co wojna, skoro ostatecznie wszystkich na cmentarzu wyrównuje ziemia. I po co wyważanie szal pomiędzy życiem, a śmiercią (aby rozmnażać się nadal muszą zabijać się); narodzinami, a umieraniem. Morderca nie jest mordercą; usprawiedliwia go popęd śmierci, a morderstwo to tylko wypadkowa wojen, których nie byłoby, gdyby nie ślepe ambicje, polityka, bo są to czasy, kiedy jasnowidzowie modlą się do Mistrza swego i Pana, aby oślepił ich na zawsze.

Poza tym złodzieje samochodów, prostytutki, rząd. Zatem są to czasy, kiedy perwersja zdławiła CZUŁOŚĆ, a konsumpcja zastąpiła OFIARĘ. Czego się jeszcze można trzymać, jeśli już nawet wykarczowano moralność, zostały jałowe słowa, słowa, słowa. I dlaczego wyciągnąć rękę znaczy potrącić sąsiada? Nic w przyrodzie nie może ginąć, możliwości układają się prostopadle. Czyjeś dobro musi oznaczać czyjeś zło. Ktoś nienawidzić musi, żeby kochać mógł ktoś. Zmienna też jest ręka; (…) pod mostem wyciągam ją do człowieka, który śpi sam. I nawet jeśli obiecamy sobie, że nie będziemy już więcej milczeli o miłości (słyszymy jak krzyczy przez sen), to i tak w zwątpieniu oddajemy duszę razem z ciałem, poddajemy się i gramy w karty na których królowie są nadzy.

Wiem, jak to jest ważne, że jednak nie GRAM, a graMY razem. Nie musimy zamykać się tam, gdzie zmierzch jest futerałem. Przecież nóż gilotyny zwisa nad źrenicą i to nie nowość, bo zwisał będzie nadal. Kiedyś wyobraziłem lepszą wersję siebie, bo tak było łatwiej, tak prościej. Że jestem zupełnie normalny, nie wymyślam problemów, a zmierzam się z nadchodzącymi. I wymyśliłem też własne ciało, ale powietrze którym oddycham jest prawdziwe. To pachnie, to śmierdzi, to śmierci. Ciało, cień; ten nowy cień mnie, chociaż widzialne są tylko ciała zabijanych podczas próby ucieczki.

Nie ścieram szminki z okien. Są ślady ważniejsze niż listy; ślady na skórze, pogryzione przedramiona. Znowu nie wiem jak opisać ten mur niewidzialny, choć to oczywiste, że gdy wszystko będzie zbyt jasne, światło przemienię w krew. Nowy dzień może zwiastować nowe obietnice poprawy. Nowy dzień jak nowe piekło; lepiej się przejść po bułki, po mleko. Patrz, tam ludzie na ławkach w parku przykrywają twarze gazetami, aby można z nich było coś wyczytać. Nie rozmawiają ciałem, nie dotykają się wzajemnie i delikatnie. Luźne aluzje, spuszczane co noc żaluzje, żeby nie dowidzieć szczerych oczu, zakryć spojrzenia sąsiadów. W towarzystwie kobiety z którą idę (…) szukam swojego błazna, by podtrzymywał rozmowę. Uporczywie pytasz, zadajesz mnóstwo pytań, z których najczęściej przewija się jedno. A ty dlaczego milczysz, choć słów tak wiele? I to przykre, bo nie znam odpowiedzi na żadne. Żadne zwielokrotnienie pytania nie przybliża mnie do finału. Albo kim była twoja wolność, zanim wyparłeś się jej po trzykroć? Tylko po co te męczarnie, skoro wszystko, co niewytłumaczalne pochodzi od boga, albo (czyli) od miłości (znaczy życia), ergo poezji.

Kontrolują nas zegary, które i (…) sen śledzą, ale nie można się poddać ich woli. Mój cień wytropi cię wszędzie, wplątuje się w twoje włosy. Już się nie da uciec od wspólnych wspomnień, trzeźwego i równie intensywnego – dzisiaj, ale co z jutrem? Tak łatwo się nie obronisz; uczyniłaś mnie odkrywcą, choć cię tylko rozbierałem. Było niebezpiecznie, jeszcze brak podejrzeń, co do faktów; wyraźnie rozrysowałem mapę pieprzyków, strupów, blizn. Rozlałaś się w moich dłoniach jak rzeka, a mgła jest nocną koszulą rzeki. Mógłbym się pośród niej zagubić, ale ty już wiesz, że będą rozdzierali szaty, że nikt nie zdążył z całowaniem.

(…)

Podnieś głowę, zobacz, jak na marginesach gazet leżą rzędami ciała zabijanych. Twoje linie papilarne odciskają się na ich twarzach. Spójrz w lewo, wszystkie okna w swym domu zakratowałeś już krzyżówkami. Tylko nie mów, że nikogo nie potrzebujesz, tylko te słowa, które mieszczą cały smutek, całą radość w półuśmiechu. Nie robisz nic, a zachowujesz się jak dziecko; patrzy przez zamknięte drzwi; mają twarz kobiety, która nie nadchodzi.

(…)
______________________________________________________________

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu: Wiesław Kazanecki, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989





Chocolate Jesus

16 12 2011

czyli zapraszam do 41 numeru kwartalnika sZAFa, który otwiera moje skromne słowo wstępne:

Jesień, Zima. Pory roku, od których nie wymaga się zbyt wiele. Słoneczny, choć chłodny dzień, zakrawa już na ingerencję boską. Jesień, Zima. Zbyt wiele wymagamy od tych podatnych na stany depresyjne koleżanek, że niby co, że zaczną opowiadać dowcipy? Raczej dalej będą stroić żarty z brodą, przystrajać domy w lampki, bombki, mikołaje. Święta, święta i musztarda po obiedzie. Nic się nie zmienia, to samo grono rodzinne; winogrona i pomarańcze na stole od dwudziestu lat oznaką zamożności. Mięso, kupa mięsa, obżarstwo do bólu, wyznaczanie nie minimum, a maksimum konsumpcjonistycznej egzystencji. Na co to wszystko, komu? Jezus na talerzach, Jezus w naszych brzuchach, módlmy się do stołu.

Nowy rok, przybywa lat, choć ciągle ten sam weltschmerz, pożegnanie zimy, przywitanie wiosny i tak cyklicznie, co dwanaście miesięcy. Nieustannie biegając, przepychając się w supermarketach, w kolejkach do kasy. Życie toczy się od święta do święta, odświętnie ubiera, i tak samo ledwie od święta zauważa detale. Że więcej dzisiaj znaczy zmiana czasu z letniego na zimowy, kiedy oddają nam jedną, pełną godzinę, dzięki której można dłużej tulić ukochaną osobę przez sen. Więcej moment, kiedy budzisz się w zimnym mieszkaniu, za oknem pierwszy tej zimy śnieg, jaki wydaje się być w ogóle tym dziewiczym, zobaczonym oczami zadziwionego dziecka, i – wbrew racjonalności – między żebrami robi się jakoś cieplej.





Tworzyć rzeczywistość – Iwan Franko

16 10 2011

Książka „Prorok we własnym kraju. Iwan Franko i jego Ukraina (1856-1886)” wybitnego ukraińskiego historyka Jarosława Hrycaka promowana jest jako tom raczej powieściowy, aniżeli stricte źródłowy, suchy, ciężkostrawny. Tkwi w tym źdźbło prawdy, bo dzieło czyta się dobrze, natomiast sądzę, że bez podstawowej wiedzy historyczno-polityczno-literackiej dotyczącej Galicji – nie sposób przyswoić swobodnie kolejne fakty. Do tego – tak jak w moim przypadku – przydają się studia filologiczne w zakresie języków-nacji wschodniosłowiańskich. Wspominam o tym dlatego, że dzisiaj możemy najczęściej pomiędzy nacją a językiem postawić znak równości, co prawda nie bez ustępstw, ale jednak. Aby tak się stało, pokolenie Franki musiało wywołać ożywienie narodowościowe, z tego względu, iż na przełomie XIX wieku społeczeństwo miało problem z określeniem swojego pochodzenia. Ludzie nie wiedzieli, czy są Rusinami, czy Ukraińcami, czy Rosjanami. Mylono pojęcia: narodowość, wyznanie, język, i czasem nie zważając na pytanie, chłopi bezmyślnie, natychmiastowo odpowiadali, że są prawosławni, lecz z drugiej strony nauki Cerkwi już nie potrafili ani przytoczyć, ani wyjaśnić. Twierdzili, że kapłan mądrze mówił, ale co – to już nie ich sprawa, nie na ich rozum. Chłopstwo interesowała przestrzeń ich pola, najdalej koniec wsi, a reszta była nieodgadniona. Trudno tę warstwę społeczną podrygiwać do ruchów związanych z wyższymi wartościami, odbiegającymi od potrzeb czysto fizjologicznych. (…)

 

–> ciąg dalszy artykułu: http://szafa.prezentacje.pl/





Lewatywa. Lewy przegląd letniej prasy literackiej

14 10 2011

Czerwiec i lipiec mają to do siebie, że wywołują pewne okoliczności (wakacje), które z kolei wywołują wyjazdy (czy to koleją, czy nie). Rozjazdy – tak jak w moim przypadku – po terenie całej Polski. Plecak ma ograniczoną pojemność, książkę zabrałam jedną, postanowiłam wspierać niedomiary literatury czasopismami kupionymi w miejscach swojego przebywania. Z różnymi skutkami, często odruchami wymiotnymi: czerwcowa “Lampa” z facjatą Świetlickiego na okładce, “Korespondencja z ojcem”, która na poczet numeru 20-ego przybrała formułę “Korespondencji z osłem” oraz “Rita Baum”, egzemplarz z zimy 2011, wznowiona edycja.

“Lampa” dobrze wykalkulowała, że idol mas – Świetlicki – przywoła do kupna gazety stosowną publiczność, zwłaszcza na fali wydania przez poetę nowej książki, wierszy zebranych, a niektórych jeszcze niepublikowanych. Okładka uwodziła, można było antycypować ciekawy wywiad w środku, przeprowadzony przez redaktora naczelnego “Lampy” – Pawła Dunina-Wąsowicza, podczas gdy otrzymaliśmy stenogram z nieklejącej się sieczki, toczonej przez nieskoordynowane myślowo i słownie osoby. Nie wiem, czy chodziło o niesubordynację przepytywanego, rozpraszanie (przechodzącym ulicą) Edwardem Pasewiczem, czy (przechodzącym ulicą) synem Marcina, Maciejem, czy (przechodzącymi ulicą) członkami zespołu Chupacabras, a może to niekonsekwencja Dunina, nieumiejętność wprowadzenia tego wywiadu na rzetelne tory. Miałam wrażenie, że podsłuchuję rozmowę toczoną w chaosie, bez jakiegoś pomysłu, przebiegu. Jeżeli już publikować, to najlepsze fragmenty, zebrać w całość, a nie serwować ersatz. Aż chce się powiedzieć “żenada, ptaszku”. (…)

CIĄG DALSZY -> http://szafa.prezentacje.pl/








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 309 other followers