Od kiedy pada śnieg, czyli stała się zima, i nie ma gdzie usiąść na Plantach. Odkąd nie wolno palić w ulubionych kawiarniach, barach. Odkąd wiem, że najmilej ze mną wtedy, kiedy śpię, a przewlekle smutny wyraz twarzy rozlewa się i biegnie w kałuże, coraz mniej zdaję sobie sprawę z tego, kim jestem. Oczywiście – jestem – w posiadaniu dowodu osobistego, pewnych danych, które mogłyby być równie dobrze zmistyfikowane, kupione w mięsnym. Mięso, wędliny, podroby, zapraszamy. Sama wolałabym być rybą, w wodzie czas płynie wolniej, ruchy kończyn nie są tak nerwowe, a flegmatyczne jak w slow motion. W morzu klaps dany przez ojca jest pieszczotą, pieszczochą noszoną dumnie na przegubie.
Czasem wydaje mi się, że skoro te wszystkie rubryki aktu narodzenia wypełniał ktoś obcy, to zna mnie o wiele lepiej, niż własna matka, której dziecko zaraz po porodzie odebrano, potem oddano oczyszczone z krwi jak zwierzę. Do wyboru, do kolorowej folii na półce sklepowej. Żadne dokumenty nie są moje, pieniądze w portfelu – pożyczone. Należę do Państwa, tak jak nic nie należy do mnie. Może najpewniejsze, co mam, to sny. Śpimy tak, jak żyjemy i jak umieramy – samotnie, monotonnie, a jeśli już się zdarzy miłość, to tylko na chwilę. Nie ma nadziei.
Zimny poranek, ledwie można otworzyć oczy, wystawić nos poza rąbek kołdry, która bardziej pokrywa i izoluje przykre zapachy, niż grzeje. Kot leżący na pościeli jak futrzany warkocz. Mój kręgosłup też zwinięty w kłębek, dymu. Aleh Kabzar włącza się w odtwarzaczu razem z budzikiem, śpiewa o kawie i papierosach bez smaku, i ja wiem, że czuję tak samo. To już ta pora roku, kiedy tuż po przebudzeniu bezzwłocznie trzeba palić wszystkie światła, strzepywać popiół z pościeli, bo się szybko żarzy, a ostatnią chętnie przyjętą formą śmierci – żałośnie spłonąć w łóżku. Zwłaszcza, jeśli w pojedynkę, jeśli na swoim.
Poszukać szlafroka, który niezbyt pasuje do przybrudzonych kawą pantofli. Wszystko w amoku, poczynając od wystawienia nogi, postawienia pierwszej lewej na podłodze, na przekór porzekadłom. Przyspieszenie.
Dwudziesty pierwszy wiek, tyle techniki, która miała nas wyręczać, więc skąd ten nieustanny pośpiech, wieczny teleexpress, który stał się tak naturalny jak pierwszy świadomy oddech po przebudzeniu; jak jogurt, musli z mlekiem na śniadanie. Byłoby milej, gdyby tak nie palić się do ubierania, mycia głowy – nie czekając na zagrzanie termy – w zimnej wodzie i nerwowego oddawania moczu. Jakby palić się do starego pieca kaflowego, żeby mu dołożyć.
Kiedyś mieszkał ze mną pies. Wyprowadzał mnie, porannymi spacerami rozbudzał mocniej niż kofeina, teina, żelatyna i inne substancje pochodzenia zwierzęcego. Kolejne cierpienie z braku, laku, do włosów. Sterczą na wszystkie strony świata, elektryzują się, więc niedobór jakiejś witaminy. Lubimy wymyślać problemy, które nie występują w przyrodzie, naturalnie.
Od kilku tygodni nie mam apetytu, więc zaburzony został system dziennego wypróżniania. To pogwałcenie rytuału źle na mnie wpływa. Brakuje tej chwili, kiedy tylko zaczyna się parzyć mocne segafredo, nozdrza już lekko drżą od intensywnego zapachu, rozszerzają się źrenice, a potrzeba toalety staje się silniejsza od przyjemności spokojnego wypicia kawy. Wygrywa. Od kilku tygodni wstaję z myślą, że przydałoby się coś lepszego zjeść, coś innego niż postna bułka z masłem, tak dla podtrzymania odrobiny życia, ale nie potrafię się zdecydować. Staję przed lodówką, otwieram, po czym zaraz zamykam. Obowiązek spełniony, przejdźmy dalej, nie rozmieniajmy na drobne, bo od zimnych, kuchennych płytek niesamowicie marzną bose stopy.
Przebiegam nimi najczęściej (kolejno, od strony słońca tego domu – łóżka): dywan, parkiet, terakotę, jakby nie było innych powierzchni płaskich, gładkich sufitów i ścian. Często przez poranną nieuwagę kostki mocno ocierają się, zahaczają o framugi. Przepadam, z kretesem, a lakier odpryskuje się — z ledwie wieczorem pomalowanych – paznokci. Strzępki krwistej czerwieni na podłodze sprawiają wrażenie krajobrazu po bitwie, a wtedy trzeba dokładnie zmyć z płytek resztki farby, namalować dwie, świeże warstwy. To jest najbardziej bezbronne pół godziny w moim życiu.
Kamera oddala się, kieruje oko na białą kuchnię, na której tle i tak wypadam szalenie blado, przyrządzając różne, ale nieciekawe napoje. Bo co to znaczy czarna kawa, co czarna herbata. Wracam tą samą, wydeptaną ścieżką. W nocy chodzę po ciemku, po omacku macam ściany, żeby nie dobudzić strachów ukrytych po kątach, pokątnie. Powinnam się w końcu (korytarza) wyspać, wysypać na pościel i zebrać po kilku godzinach do kupy. Nie umiem. Somnambulicznie lewituję aż do świtu, choć powinnam odpoczywać, uczyć się do sesji. Nagle przypominam sobie tekst piosenki, że “niepotrzebna mi ta wiedza, tylko ty i ta ulica”, chociaż nie ma żadnego “ciebie”, i nie lubię wychodzić z domu, nawet odsłaniać żaluzji. Nie lubię ludzi, ich ciekawości, obłudy. Łączy mnie z nimi tylko tyle, że podpinają nas pod jedną kategorię: homo sapiens sapiens. Dlaczego homo musi być sapiens, co z hetero? Dupa
lub pośladki, które najwięcej mają do powiedzenia przecież nie przy chwalebnych, ale prozaicznych czynnościach jak oddawanie moczu, kału, pierdzenie, a mimo to uznawane są za główne atrybuty płci, najbardziej podkręcające libido. Trzeba przyznać, że to to marny nasz poziom fantazji. Tak dla odmiany wziąć pod lupę stopy, te cielesne, nie procentowe (choć ładne stopy procentują przy bliższym spotkaniu), a zwłaszcza pięknie wyeksponowane kostki. Piękna kostka Kostka, wczoraj przyleciał z Moskwy.