Chocolate Jesus

16 12 2011

czyli zapraszam do 41 numeru kwartalnika sZAFa, który otwiera moje skromne słowo wstępne:

Jesień, Zima. Pory roku, od których nie wymaga się zbyt wiele. Słoneczny, choć chłodny dzień, zakrawa już na ingerencję boską. Jesień, Zima. Zbyt wiele wymagamy od tych podatnych na stany depresyjne koleżanek, że niby co, że zaczną opowiadać dowcipy? Raczej dalej będą stroić żarty z brodą, przystrajać domy w lampki, bombki, mikołaje. Święta, święta i musztarda po obiedzie. Nic się nie zmienia, to samo grono rodzinne; winogrona i pomarańcze na stole od dwudziestu lat oznaką zamożności. Mięso, kupa mięsa, obżarstwo do bólu, wyznaczanie nie minimum, a maksimum konsumpcjonistycznej egzystencji. Na co to wszystko, komu? Jezus na talerzach, Jezus w naszych brzuchach, módlmy się do stołu.

Nowy rok, przybywa lat, choć ciągle ten sam weltschmerz, pożegnanie zimy, przywitanie wiosny i tak cyklicznie, co dwanaście miesięcy. Nieustannie biegając, przepychając się w supermarketach, w kolejkach do kasy. Życie toczy się od święta do święta, odświętnie ubiera, i tak samo ledwie od święta zauważa detale. Że więcej dzisiaj znaczy zmiana czasu z letniego na zimowy, kiedy oddają nam jedną, pełną godzinę, dzięki której można dłużej tulić ukochaną osobę przez sen. Więcej moment, kiedy budzisz się w zimnym mieszkaniu, za oknem pierwszy tej zimy śnieg, jaki wydaje się być w ogóle tym dziewiczym, zobaczonym oczami zadziwionego dziecka, i – wbrew racjonalności – między żebrami robi się jakoś cieplej.





Tworzyć rzeczywistość – Iwan Franko

16 10 2011

Książka „Prorok we własnym kraju. Iwan Franko i jego Ukraina (1856-1886)” wybitnego ukraińskiego historyka Jarosława Hrycaka promowana jest jako tom raczej powieściowy, aniżeli stricte źródłowy, suchy, ciężkostrawny. Tkwi w tym źdźbło prawdy, bo dzieło czyta się dobrze, natomiast sądzę, że bez podstawowej wiedzy historyczno-polityczno-literackiej dotyczącej Galicji – nie sposób przyswoić swobodnie kolejne fakty. Do tego – tak jak w moim przypadku – przydają się studia filologiczne w zakresie języków-nacji wschodniosłowiańskich. Wspominam o tym dlatego, że dzisiaj możemy najczęściej pomiędzy nacją a językiem postawić znak równości, co prawda nie bez ustępstw, ale jednak. Aby tak się stało, pokolenie Franki musiało wywołać ożywienie narodowościowe, z tego względu, iż na przełomie XIX wieku społeczeństwo miało problem z określeniem swojego pochodzenia. Ludzie nie wiedzieli, czy są Rusinami, czy Ukraińcami, czy Rosjanami. Mylono pojęcia: narodowość, wyznanie, język, i czasem nie zważając na pytanie, chłopi bezmyślnie, natychmiastowo odpowiadali, że są prawosławni, lecz z drugiej strony nauki Cerkwi już nie potrafili ani przytoczyć, ani wyjaśnić. Twierdzili, że kapłan mądrze mówił, ale co – to już nie ich sprawa, nie na ich rozum. Chłopstwo interesowała przestrzeń ich pola, najdalej koniec wsi, a reszta była nieodgadniona. Trudno tę warstwę społeczną podrygiwać do ruchów związanych z wyższymi wartościami, odbiegającymi od potrzeb czysto fizjologicznych. (…)

 

–> ciąg dalszy artykułu: http://szafa.prezentacje.pl/





Lewatywa. Lewy przegląd letniej prasy literackiej

14 10 2011

Czerwiec i lipiec mają to do siebie, że wywołują pewne okoliczności (wakacje), które z kolei wywołują wyjazdy (czy to koleją, czy nie). Rozjazdy – tak jak w moim przypadku – po terenie całej Polski. Plecak ma ograniczoną pojemność, książkę zabrałam jedną, postanowiłam wspierać niedomiary literatury czasopismami kupionymi w miejscach swojego przebywania. Z różnymi skutkami, często odruchami wymiotnymi: czerwcowa “Lampa” z facjatą Świetlickiego na okładce, “Korespondencja z ojcem”, która na poczet numeru 20-ego przybrała formułę “Korespondencji z osłem” oraz “Rita Baum”, egzemplarz z zimy 2011, wznowiona edycja.

“Lampa” dobrze wykalkulowała, że idol mas – Świetlicki – przywoła do kupna gazety stosowną publiczność, zwłaszcza na fali wydania przez poetę nowej książki, wierszy zebranych, a niektórych jeszcze niepublikowanych. Okładka uwodziła, można było antycypować ciekawy wywiad w środku, przeprowadzony przez redaktora naczelnego “Lampy” – Pawła Dunina-Wąsowicza, podczas gdy otrzymaliśmy stenogram z nieklejącej się sieczki, toczonej przez nieskoordynowane myślowo i słownie osoby. Nie wiem, czy chodziło o niesubordynację przepytywanego, rozpraszanie (przechodzącym ulicą) Edwardem Pasewiczem, czy (przechodzącym ulicą) synem Marcina, Maciejem, czy (przechodzącymi ulicą) członkami zespołu Chupacabras, a może to niekonsekwencja Dunina, nieumiejętność wprowadzenia tego wywiadu na rzetelne tory. Miałam wrażenie, że podsłuchuję rozmowę toczoną w chaosie, bez jakiegoś pomysłu, przebiegu. Jeżeli już publikować, to najlepsze fragmenty, zebrać w całość, a nie serwować ersatz. Aż chce się powiedzieć “żenada, ptaszku”. (…)

CIĄG DALSZY -> http://szafa.prezentacje.pl/





PoJac – inne oblicze Jacka Podsiadły

14 07 2011

[Tekst opublikowano w 39 numerze s Z A F y -> http://szafa.prezentacje.pl/]

Krakowska wiosna przynajmniej poniekąd upłynęła pod znakiem jakości Jacka Podsiadły. To były zaledwie dwa spotkania, ale ze względu na jego nie-bywałość na licznych tego typu spotkaniach, dwukrotność jeszcze bardziej się zintensyfikowała. Poniekąd. Chociaż z tym deficytem obecności pewnie i przesadzam, ale owo zakłamanie wynika jedynie z Jacka Podsiadły niebywałości i wycofania ze świateł reflektorów. 


Pierwszy incydent miał miejsce 31 marca br., a epicentrum spotkania autorskiego pt. „Jacek Podsiadło: sobą po mapie” stał się Uniwersytet Pedagogiczny. Nawet o tym interesującym, literackim wydarzeniu niosła się wieść po kameralnym portaliku Facebook. Samo zaproszenie absorbowało niemałą liczbę użytkowników słowa, choć swoiste ciało organizacyjne wydało oficjalny komunikat, że „nie będzie darmowego popcornu i coli”[1]. Tymczasem okazało się, że rzeczony popcorn i cola – były. Może nie dosłownie, ale na pewno poprzez poezję, jaką zaprezentował autor. Jednak wróćmy do początku.  


Godzina 17:00, to godzina “W”, pan Podsiadło spóźniony o kilka kwadransów, nie sposób spamiętać ile, ani tego, kiedy spotkanie się oficjalnie zaczęło. Krótko mówiąc, nie mogliśmy się doczekać i wyszliśmy na przysłowiowego jednego, aż tu wracamy, i Paweł Próchniak przy mikrofonie (elo, elo). Tak zawładnął katedrą (bo siedział na niej), że dopiero po chwili można było dojrzeć siedzącego w cieniu filaru samego bohatera spotkania. A tak poważnie, przecież pan Próchniak znany jest z bezprecedensowych komentarzy, które same mogłyby egzystować jako byty ściśle poetyckie. Podsiadło, słysząc tyle miłych słów padających na jego cześć, nie mógł nic innego zrobić, jak trochę zbagatelizować całe zajście, pokiwać głową i podroczyć się z moderatorem spotkania.

Jeśli chodzi o wyrecytowaną twórczość, pojawiły się oczywiście klasyki, ale na nich nie warto się skupiać, kiedy przebojem wdarła się na szczyt… poezja dziecięca, dedykowana latoroślom autora. Ciekawa, zabawna, żywa, abstrakcyjna, gdzie prym wiodą niecodzienne, uosobione zwierzaki, a dorośli niekoniecznie są tak poważni, jak wydawaliby się w rzeczywistości. Nie przesadzę, jeśli powiem, że w auli pełnej osób 18+ (niekoniecznie dojrzałych), wszyscy płakali ze śmiechu, i z marszu chcieli zostać adoptowani przez poetę. Tłumacz-Podsiadło zdradził dodatkowo, iż ma w przygotowaniu przekłady współczesnych bajek z języka rosyjskiego. Jakiego one będą formatu – jeszcze nie wie nikt. Piszę o tym jednak głównie dlatego, aby zaprzeczyć, że autor “Kry” jest monotematyczny, mononastrojowy, zawsze ciut sentymentalny i krytyczny. Tak, Jacek Podsiadło potrafi zabawiać i samemu się śmiać.  


Z jeszcze innej strony pokazał się nasz twórca 10 maja, kiedy to wystąpił razem z Najduchami (Ireneusz Socha – perkusja, Jarosław Bester – akordeon) na scenie Alchemii z programem “Lament świętokrzyski”, w ramach 2. Festiwalu Miłosza. Program ów był unikatowy, przygotowany specjalnie na tę okazję. Zespół utrzymał właściwą sobie konwencję, raz zaskakiwał ostrym staccato, innym razem uspokajającym pianissimo. Tekst – którego notabene mogłoby być nieco więcej – melorecytowany na granicy szaleństwa, dźwięków wwiercających się gdzieś pod żebra. Bytowanie między skrajnościami, słodko-gorzki posmak zaraz po – to w Krakowie Jacek Podsiadło.


[1] W celu sprawdzenia wiarygodności odsyłam tu: http://www.facebook.com/event.php?eid=186731174705288





Poł-owicznie

14 03 2011

JESZCZE ŚWIEŻY szkic na temat tomu Marcina Sendeckiego Pół ukazał się w kwartaliniku literacko-artystycznym sZAFa nr 38 ->>> [całość].

 

Dziesiątego listopada, roku (raczej niezbyt Pańskiego) 2010. Wiata przystankowa cała z liści. Kobieta wysiadająca z autobusu pod rynnę. W paczce ostatnie dwa papierosy, więcej zużytych zapałek niż nowych. Głowa jak popielniczka i „Pół” Sendeckiego w ręce. To nie może się skończyć dobrze. [..]

Przypomniał się śnieg / przypomniała zima (…), pięta szmat łydki odkryty / nie obudź; każda zima kolejnego, nowego roku wydaje się (i jest w istocie) jeszcze cięższa do zniesienia, najgorsza ze wszystkich zeszłych i przyszłych. Nawet jeśli to (nie) prawda; jeśli zimne poranki i kołdra nie starcza dla dwóch kończyn, nie mówiąc o towarzystwie. Ściek z zorzy / Trzecia kwadra / Nów, a jeszcze tak niedawno, w chwilę świt. Trzy czwarte obrotu na tarczy do południa, link między dawnymi a nowymi laty, byle szybko, wiek dojrzały, wiek podeszły – siwiejące włosy Na wylot / Na wyrost / Na śmieć. Czy można to wszystko zamieść pod dywan?[...]

Doczekamy wiosny, choć przedwiośnie się spóźnia / jakby miało ostatni raz coś powiedzieć, zaznaczyć; wydać krótki jęk, pękniecie pierwszych kwiatów. Żeby było miło, zieleń od czasu do czasu komu? czemu? się przygląda. To gęsia skórka zaraz za nadgarstkiem, albo prześwietlony film, albo papierowe kwiaty – zbierane, chowane do pudełek, żeby kiedyś mogły się pastwić na sentymentalizmie właściciela. Wtedy zobaczysz, jak na dobrych papierach ta rdza się rozrasta, wyrysowuje okręgi w miernym przejściu między palcami / w zgięciu łokcia w pachwinie / nigdy do cna. Widzę cię nago, najedliśmy się na kolację – wstydu, teraz już tylko powolne dopoznawanie; pamiętam, Światłe słońce w bliznach się odbija; jeszcze świeże, bo z rana, a najwyżej z wczoraj. [...]






Zebrana, zgubiona

14 03 2011

szkic na temat antologii Krystyny Miłobędzkiej Zebrane, gubione ukazał się w kwartaliniku literacko-artystycznym sZAFa nr 36/37 ->>> [całość];

[...]

Z BLISKIEJ ODLEGŁOŚCI

trzeba podziwiać sztukę bycia cicho. Poszanowanie siebie dla siebie, siebie dla ciebie. Chwila na oddech, który może być równie dobrze jak wiatr pędzący wiersze na kartkach, które jeszcze ciepłe pod naporem słów. Poetycka hibernacja, zaginięcie i niedomaganie, kiedy jestem wszystkim czego nie mam.

NIE MAM, Z-GUBIONE

Ostatni tomik Krystyny Miłobędzkiej (Gubione, 2008) jest wypadkową wszystkiego, o czym do tej pory mówiła, jednak brak tu wtórności, nudy, wręcz przeciwnie. Obszerne, prozatorskie utwory z początku jej twórczości zostały zmarginalizowane, zminimalizowane. To jest owa kondensacja [..], do której poetka świadomie, bądź nie – zmierzała.

Wracając do wtórności – poetkę dręczą te same demony, tylko inaczej je określa. Lapidarnie, dojrzale. Znowu ciągły bieg, bieg… Czyżby w miarę upływu lat ów bieg się nasilał, czy tylko, mimo słabszego wzroku – wyostrzał, rozjaśniał? Nawet jeśli bez niego, bez niej która usiłuje być mną. Jak ważne to by mówić, mówić, zdążyć. Nadążyć za rytmem narzuconym przez autorkę, przez podmioty liryczne, które usiłują nią być w istocie. Jak to zachować na tle kolejnych zwielokrotnień życia, bo przecież drzewa, rzeki, góry, drogi, świat cały do objęcia. Szybko, szybko, żeby zdążyć. Dzień dobry w środku nocy. Zdążyć zgubić to, co tylko się myśli, że posiada, a w rzeczywistości wydzierżawia. Pożycza. Przyroda, jak pokolenia, zatacza koła. Ciągle to samo, rodzenie się, dorastanie, dojrzewanie i umieranie. Takie zwykłe, jak co roku dzieje się z drzewami. Trzeba się nauczyć zauważać. Dlaczego znowu wszystko jedno ze mną?

Kolejny raz wyrażona słabość, każde Ty mocniejsze ode mnie. I to Ty nie jest bezosobowe, to Ty z szacunkiem i czcią wypowiedziane. Chociaż w strachu i bezsilności właściwszy byłby szept. Twoje uśmiechnij się / moje nie umiem, jest równie bezradne. Moje też rozsypuje się w piasek.





alchemia poranka

10 05 2010

poranne tramwaje ścielą się na miasto, rozbierają
ulice aż po krzyże. grudzień atakuje tępym słońcem,
rany goją się boleśniej. poręcze zastygły w gawrze
i nawet przepocone ręce nie mogą ich dobudzić.

mamy samotność pełniejszą niż dotyk. jest nas tylko tyle,
co okruchów w pustym karmniku. jak dwa księżyce tej samej
planety, widzimy jeszcze swoje kontury. tworzymy ciepło.
niedorzecznie pękają termometry,

o jedną wielką zorzę za daleko, by wrócić.

[alchemia poranka]

vide: sZAFa nr 34





Bo dlaczegóż by nie Szafa?

20 03 2010

Bo dlaczegóż by nie w Szafie?

szafa.prezentacje.pl

kwartalnik literacko – artystyczny s Z A F a, nr 34/2010

[Klik] Poezja – > K. Raczek -> alchemia poranka; toksyczny duet supernowych; delikatesy; czerwień; isagoga do poezji boskiej ladacznicy

A poza tym cała rzesza uzdolnionych, młodych twórców, ale i uznanych, szeroko opiewanych przez cheerleaderki i groupies (np. Maliszewski).

Nadchodząca wiosna redakcji poleca.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 309 other followers