
na mankiety kortowych marynarek wylewa się chardonnay
bourgnone. jazz pobrzmiewa w puste butelki po absyncie,
w kolorze ametystu. nastroju dopełnia deszcz; tak bardzo
poetycki odbija się od stolików i zapalczywie prowadzonych
rozmów. między barykadami epokowych foliantów,
piętrzą się przewrażliwieńcy. cała płonna poetycka klika
pogrążona w poważny dyskurs filozoficzny. tutaj chyba
każdy ma dzień płodny. dość.
z butelką wina w ręku, dryfuję nad odrą. ze ścian, jak neon,
wykwita tablica i mi się oświadcza: ulica pomorska. papierosy
kupione w całodobowym smakują mocniej na pusty żołądek.
to trudne, ale w ukłonie pozdrawiam dymiące kominy, co
stoją we wzwodzie, przez bite dwadzieścia cztery godziny.
opary wrocławia odprowadzają mnie aż po pościel. niedospany
dzień, nieprzespanej nocy. byłam do – ostatnim klientem, kiedy
trzeba było znowu otwierać. pamiętam, że czule mnie żegnała
muzyka z klasą. johann strauss syn dosycił przestrzeń
nad modrym dunajem. gdybym tylko znała zapis nutowy, gamy,
pisałabym dzieła piękniejsze. nad modrą odrą, to samo przez się mówi.
wiadomo: artyści liczą swój smutek na kieliszki. literatom
zbyt płytkie literatki.
twarze jak nalane, ciała wypisane
Almanach poetycki, luty 2(55)/2010
[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]