nie umiem pogrzebać

17 06 2010

świetlówka brzęczała w łazience i w języku
morse’a opowiadała ćmom historię naszej
pierwszej nocy; pamiętam,

kapało z kranu, pralka właśnie wyprała i
sąsiad zaczął grać zimę vivaldiego. teraz

już nikt nie szeleści kołdrą, prócz jednej,
mokrej, czarnej koszuli. nie zdążyła wyschnąć
i powiewa nad wanną jak kir; samobójczo
nade mną rozwieszony sztandar.

rozgrzebuję wszystko, co umarłe,
nie umiem pogrzebać


Almanach poetycki, grudzień 6(59)/2010

[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]

fot. Saligia -> link





kultura upadła

10 04 2010

samotna kawa jest sentymentalna. zwłaszcza
cappuccino, co zmusza do szybkiego shota
na bazie wódki. im dłuższa lista spożycia, tym
lepiej smakuje. jakby kto pytał – nie jestem
obiektywna. w ten deszcz wszędzie jest milej,
niż na nie-pogodzie. do ręki łatwo układa się
kieliszek.

zgiełku ulicy dopełniają rozmowy o kulturze, że
tylko pięć procent interesuje się czynnie. ale
najwyraźniej ów wykładnik nie pojmuje
kultury picia: walenia w denko flaszki – z łokcia;
strzepywania naczynka po łyknięciu; niedolewania
trunku na raty. kultura maści spożywającej.

to my, z namiętnością właściwą tylko szewcom,
oddychamy marskością świata. równo pomiata
nami jak psami w batożenie zimy. już rano, musimy się
odprowadzać, lecz trudno rozwiązać kalambur
tego spotkania, kiedy znajomość stała się tak jawna,
jakby była czystą, wyborową. wezwaliśmy domofon
przeszłości; teraz nikt się tym nie interesuje.
patrzymy przed siebie, po sobie – tu jest nadzieja.

poety już nie stać na postawienie
flaszki. kupno własnego tomiku.

kultura upadła

Almanach poetycki, marzec 3(56)/2010

[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]





twarze jak nalane, ciała wypisane

11 03 2010

na mankiety kortowych marynarek wylewa się chardonnay
bourgnone
. jazz pobrzmiewa w puste butelki po absyncie,
w kolorze ametystu. nastroju dopełnia deszcz; tak bardzo
poetycki odbija się od stolików i zapalczywie prowadzonych
rozmów. między barykadami epokowych foliantów,
piętrzą się przewrażliwieńcy. cała płonna poetycka klika
pogrążona w poważny dyskurs filozoficzny. tutaj chyba
każdy ma dzień płodny. dość.

z butelką wina w ręku, dryfuję nad odrą. ze ścian, jak neon,
wykwita tablica i mi się oświadcza: ulica pomorska. papierosy
kupione w całodobowym smakują mocniej na pusty żołądek.
to trudne, ale w ukłonie pozdrawiam dymiące kominy, co
stoją we wzwodzie, przez bite dwadzieścia cztery godziny.

opary wrocławia odprowadzają mnie aż po pościel. niedospany
dzień, nieprzespanej nocy. byłam do – ostatnim klientem, kiedy
trzeba było znowu otwierać. pamiętam, że czule mnie żegnała
muzyka z klasą. johann strauss syn dosycił przestrzeń
nad modrym dunajem. gdybym tylko znała zapis nutowy, gamy,
pisałabym dzieła piękniejsze. nad modrą odrą, to samo przez się mówi.

wiadomo: artyści liczą swój smutek na kieliszki. literatom
zbyt płytkie literatki.

twarze jak nalane, ciała wypisane


Almanach poetycki, luty 2(55)/2010

[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]





wykroczenie organów

10 02 2010

przy tobie wydaje mi się że po lipcu znowu przyjdzie maj
silny jak samobójcza radość

z boskim natchnieniem zastanie nas
słuchających muzyki wieczornych świerszczy

wiesz
lubię wiele prozaicznych rzeczy

moment kiedy leje się woda w głębi mieszkania
gdy bierzesz prysznic

tupot bosych stóp zostawiających mokre ślady
które zachowuję do zlizywania na później

kłębki złuszczonego naskórka na betonowych
nagich jak ty ścianach

potem przeciw organom
prawa
uprawiamy tę wzajemną sprzedaż własnych skór
wymienne konsumowanie
wszystkich pojedynczych zmarszczek

spod potarganej zwierzęcym szałem pościeli
głuchy jęk napoczynania butelki mocnego wina

krótki krzyk jak trzask z płyty winylowej
nieustannie czarnego moralnego handlu
za który nas jeszcze nie wsadzono

niech tylko tańczy miłość w szept
przetacza się przez moje gardło twoją śliną
a wszystko będzie dobrze
lecz nic już nie będzie w porządku

Almanach poetycki, grudzień 12(53)/2009

[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]





skowronki na parapecie

10 02 2010


jeszcze więcej nic barwi po swojemu
wykrochmalone deszczem popołudnie

bledsze są niż zwykle
wygłodniałe skowronki

kawa pochłania całe ciepło kawalerki
w skostniałych dłoniach
stygną długopisy

jedynym źródłem energii
strucla jabłkowa
półtora kilo na tydzień
aż żal napoczynać
kiedy głód jeszcze pozwala
swobodnie myśleć i pisać

***

rozkruszam ją skowronkom

Almanach poetycki, grudzień 12(53)/2009

[ o tekście czytaj więcej w Dializie ]








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 309 other followers