inne miasta, te same sny

23 01 2012

uratuj mnie, grzesznicę, słodki jezusie, lecz przybity

gwoździami nad łóżkiem. ty, który patrzysz
na moje nagie piersi, gdy opada kołdra. zabierz tę szafę
z rogu pokoju, nie daje spokoju, wygląda jak solarium,
jak trumna.

schodzisz ze ściany, błogosławisz mnie
paskiem, chrzcisz jak piwo. tulę twarz
do twojej koszuli, jest jak całun,
więc całuję i nie wypuszczam z ust
jak hostii. uciekasz, a miałeś mnie
zabawić.

[inne miasta, te same sny]





w piosence murarzy

23 01 2012

deprim, ranigast, stoperan, biorę wszystkie po kolei,
zjadam dla zabicia czasu i poczucia smaku
porażki. ona krząta się po kuchni, szura kapciami
i wstawia coś do piekarnika. może ziemniaki, może
decyzję o rozstaniu, która musi dojrzeć, dojść

do wniosku. z naszego balkonu nie widać nieba,
tylko rozbudowujące się blokowisko. budowlańcy
krzyczą coś do siebie, ciągnij, ciągnij, robi się
niesmacznie, a później śpiewają wespół
w zespół: niech żyje bal! najpewniej preferują
bale drewniane, podtrzymujące strop.

[w piosence murarzy]





białe

21 01 2012

śnieg śnieży się na powiekach, stopach,
całkiem biała dróżka wyrysowana na
stoliku, obok rozebrany długopis.

jest nam zimno.

żeby zasnąć, liczę pieprzyki na twoim
ciele. są

[białe]





oni są nami, chodzą parami

21 01 2012

było lato, ale tego dnia wydawało się smrodem. pojechałam
na dworzec po M., i czekając, zajadałam w barze ruskie pierogi.
tego dnia obsługiwała sympatyczna kelnerka. miała obwiązane
oba przeguby bandażem. chyba w każdym z nas czai się
samobójca.

[oni są nami, chodzą parami]





na północy bez zmian

19 01 2012

morze wyciąga ze mnie całe pożywienie,
żre je, mieli, dlatego jest takie wzburzone
i brudne. chudnę,

sól ponoć wypłukuje wapń z kości,
kości stają się łamliwe
i włosy
stają dęba, choć dęby tu nie rosną,
tylko dzikie róże
pachną latem.

*

gramy w rozbieranego pokera
najczęściej z dam i pijemy piwo
za dziewięć złotych (skandal).
mało się opalamy, na przekór
uporczywemu słońcu.

[na północy bez zmian]

 

vide: styczniowy numer 2012, PKPzin





wciąż nie mogę cię rozgryźć

19 01 2012

żeby być, trzeba dotykać. ścisk w nadgarstku rozrasta się
na gardło jak angina. tkwisz nieznośnie między zębami:
malinowe jąderka, lub mak, w święta.

[wciąż nie mogę cię rozgryźć]

 

________________

vide: styczniowy numer 2012, PKPzin





bez zaznaczenia się w przestrzeni

17 01 2012

czwarta rano. palę przez okno ostatniego papierosa
przed snem, a okna są złe. słychać szum blokowiska,
deszcz cieknący do studzienki. końcowe krzyki
wczorajszych pijaczyn. samoloty ponad chmurami.
głuchy jęk zapalniczki, którą próbuję wykończyć, zanim
ona zabierze się za mój tyłek. nigdy cię nie zdradziłam,
upewniałam tylko o miłości. inni mężczyźni byli jak skowyt
małych, ale hałaśliwych piesków, bez znaczenia,

[bez zaznaczenia się w przestrzeni]

 

_______________________

vide: styczniowy numer 2012, PKPzin





garb

17 01 2012

ta miłość pojawiła się tak nagle jak miesiączka
dziesięciolatce. oddałaś mnie
w opiece Bogu, oddaj mi
co boskie. rozłożę między nami ciszę,
niech nie załamuje się tak łatwo jak wycieraczki
na szybie. muszę być nudnym człowiekiem,
wszystkie buty kupuję w brązowym kolorze.
po całym mieszkaniu jak pijane leżą książki
z rozłożonymi nogami, nagimi brzuchami.
palę mnóstwo skrętów, czasem pod rząd.
muszę być smutnym człowiekiem, tak jak
smutny jest polski rząd i urząd
skarbowy, choć taki w nim skarb, jak

[garb]

 

___________________

vide: styczniowy numer 2012, PKPzin





jedno popołudnie z mojej choroby

1 01 2012

wieczorami chłodne ręce wyją od
książek naznaczonych śmiercią. nie mogę
utrzymać właściwej dawki
serca, kiedy cichną tramwaje.
nocny rozkład jazdy,
wszystko rozkłada się
pod wpływem deszczu albo moczu.

jestem niezbyt częstym użytkownikiem
życia, biernym uczestnikiem czynnego
trucia płuc przez sąsiadów w oknach,
panienek z okienka. codziennie rano
w kiosku na rogu za dziesięć złotych
proszą o raka i go dostają
w niewielkiej, kartonowej paczce. i jeszcze
to obowiązkowe wesołych świąt jak
kurwa mać.

bez muzyki nie potrafię się dobrze składać
do snu. słyszę dudnienie, nie stygnący
puls. chcę mieć pusty spokój, lecz brat
jak pies, wciąż drapie o drzwi,
doprasza się zabawy.

godzina dwudziesta, bardzo cicha, aż parzy. chudnę i gniję,
staję się blada jak nocny negatyw, jakbym składała się
już tylko z wód płodowych, bez krwi. drzwi zostały zamknięte

w cudzysłów. znowu jest bezpiecznie, bo nie ma nic prócz
soczystej czerni, co oblepia i wypełnia. nic ciągnie nić.

[jedno popołudnie z mojej choroby]





Czekając na Godota

29 12 2011

Darek i Amelka z pokoju obok udają, że nie wydalają,
uprawiają seks jak ziemniaki. u nas cicho, próżno:
kilka nieprzespanych nocy, kilka przespanych całkowicie
dni, i wrócisz.

czekam, choć nie przychodzisz ty,
przychodzi na myśl sztuka
mięsa w rękach matki owinięta w papier reklamujący
spektakl

[Czekając na Godota]

vide: grudniowy PKPZin








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.