
wieczorami chłodne ręce wyją od
książek naznaczonych śmiercią. nie mogę
utrzymać właściwej dawki
serca, kiedy cichną tramwaje.
nocny rozkład jazdy,
wszystko rozkłada się
pod wpływem deszczu albo moczu.
jestem niezbyt częstym użytkownikiem
życia, biernym uczestnikiem czynnego
trucia płuc przez sąsiadów w oknach,
panienek z okienka. codziennie rano
w kiosku na rogu za dziesięć złotych
proszą o raka i go dostają
w niewielkiej, kartonowej paczce. i jeszcze
to obowiązkowe wesołych świąt jak
kurwa mać.
bez muzyki nie potrafię się dobrze składać
do snu. słyszę dudnienie, nie stygnący
puls. chcę mieć pusty spokój, lecz brat
jak pies, wciąż drapie o drzwi,
doprasza się zabawy.
godzina dwudziesta, bardzo cicha, aż parzy. chudnę i gniję,
staję się blada jak nocny negatyw, jakbym składała się
już tylko z wód płodowych, bez krwi. drzwi zostały zamknięte
w cudzysłów. znowu jest bezpiecznie, bo nie ma nic prócz
soczystej czerni, co oblepia i wypełnia. nic ciągnie nić.
[jedno popołudnie z mojej choroby]